Nie jestem nadzieją Kościoła


Niepowstrzymany pęd przyrody

Maj jest miesiącem pełnym życia. Obserwowanie kwitnącej przyrody i ostentacyjnej dumy, z jaką prezentuje ona swoją krasę kojarzy mi się z doskonale wyreżyserowanym spektaklem, który oglądającego ma doprowadzić do zachwytu i przeżycia jakiegoś wiosennego katharsis. Oto drzewa i krzewy stroją się w kwiaty – tylko po to, żeby później obsypywać ziemię różnobarwnymi płatkami, unoszonymi przez powiewy na przemian zimnego i ciepłego wiatru. Trawa, brutalnie koszona stalowymi ostrzami i zagłuszana wrzeszczącymi niemiłosiernie silnikami bez duszy, na przekór wszystkiemu (oraz z pewną ironią) rośnie jeszcze wyżej po skropieniu lekkim deszczem. Przyroda nabiera jakiegoś niezwykłego rozpędu, nieporównywalnego z jakimikolwiek wskaźnikami rozwoju gospodarczego (nie w tym roku). Życie się w niej nie mieści; wylewa się z całą mocą, beztrosko kpiąc sobie z pedanterii ogrodników, którzy nie umieją zapanować nad tym spontanicznym festiwalem odradzającego się świata.

Taka obserwacja naprawdę przywraca nadzieję. Przypatrując się światu chyba nie tylko we mnie odradza się myśl, że (pomimo drastycznie zmieniającego się klimatu czy kryzysu hydrologicznego) nie musimy widzieć przyszłości w ciemnych barwach. Możemy coś zrobić, możemy zmienić styl życia, możemy w nowy sposób zbudować nasze relacje ze stworzeniem. Krwawiąca zieleń wiosennej przyrody pokazuje, że nie wszystko jest stracone!

Duchowa wiosna

Piszę o tym dlatego, że ten ożywczy klimat wiosny udziela się (w mniejszym lub większym stopniu) nam wszystkim. Także Kościołowi. Około przeżywanej corocznie Pięćdziesiątnicy (która już sama z siebie jest potężnym impulsem reanimacyjnym) w niemal każdej diecezji i prowincji zakonnej odbywają się święcenia. Jak grzyby po deszczu pojawiają się informacje o tym, że młodzi i nieznani światu mężczyźni (niektórzy wyglądem przypominający maturzystów) stają przed swoimi biskupami i mówią: „Jestem”. Większość z nich ma jakiś tajemniczy błysk w oku i żywotność, która może konkurować z tą energią wybujałą w ogrodach za murami świątyń. To ich pewne (a przez to niemal przekorne) oddanie się Bogu i Kościołowi wzrusza ich rodziców, denerwuje przeciwników i uskrzydla wierzących. Oczy wielu (zwłaszcza starszych) katolików wpatrują się w nich jak w obrazek, znajdując w nich pociechę wśród zmęczenia kolejnymi przepychankami polityczno-eklezjalnymi, informacjami na temat seksualnych i finansowych afer oraz marazmem swoich parafii. „Oto jest nadzieja dla Kościoła!” – mówią (autentycznie i szczerze) szczęśliwi proboszczowie. „Idźcie i odbudujcie Kościół!” – podniośle mówi do nich biskup z ambony. „Wnoście Chrystusa tam, gdzie was pośle!” – proszą wierni. W powietrzu czuć łagodny i wyrazisty powiew Ducha, który pachnie nadzieją.

W tym roku oczy Kościoła zwracają się także i w moją stronę. 6 czerwca przyjmuję święcenia diakonatu.

Gotowi na wszystko?

Nie da się ukryć – także mi udzielił się ten specyficzny klimat entuzjazmu i gorączkowego oczekiwania spowodowanego misją, którą mam na siebie przyjąć. Także i ja jestem pełny nadziei, mam serce mieszczące wiele marzeń i świętych pragnień. Tak, chcę być sługą Chrystusa w Kościele. Tak, wierzę w to, że w sakramencie święceń dostaję także łaskę do tego, żeby żyć tak, jak mój Pan – czyli być sługą, myć nogi i oddać życie za owce. Tak, mogę żyć radykalnie w Kościele i nie zdusić w sobie płomienia charyzmatu, danego mi przez włożenie rąk (zob. 2 Tm 1,6). Radość z daru spontanicznie przeważa nad lękiem powodowanym moją kruchością.

Moje idylliczne spojrzenie musiało się jednak rozbić o twardą skałę Słowa. Dwa tygodnie przed święceniami (dokładnie dwanaście dni – już odliczałem!) w liturgii czytana była perykopa z Czwartej Ewangelii (J 16, 29-33). Jezus skończył dłuuugą i arcypiękną przemowę do uczniów (zajmującą prawie cztery rozdziały), więc uczniowie mówią: „Teraz wiemy, że wszystko wiesz i nie trzeba, aby Cię kto pytał. Dlatego wierzymy, że od Boga wyszedłeś!” (w. 30). Nietrudno mi przyszło wyobrazić sobie ich rozpłomienione twarze, pełne wiary i żaru. Pierwszych dwunastu biskupów w dniu święceń, z nogami wilgotnymi od wody i oczami mokrymi od (niemęskich) łez. Bez wahania mówią i przysięgają, że są gotowi na wszystko.

Jak my.

Bezlitosny krytycyzm Jezusa

Zaintrygowało mnie to, że Jezus wcale im nie potwierdził ich wyznania. Przeciwnie, zgasił ich entuzjazm zdawkowym i sceptycznym pytaniem: „Teraz wierzycie?” (w. 31). Nie dał porwać się fali ich radości. Wręcz przeciwnie – powiedział im: „Oto nadchodzi godzina, a nawet już nadeszła, że się rozproszycie – każdy w swoją stronę, a Mnie zostawicie samego” (w. 32a).

Diagnoza Jezusa jest pozbawiona złudzeń i bezwzględna do bólu. Mówi uczniom: „Nie wierzycie. Pod warstwą waszych pobożnych uczuć kryje się niewiara, małostkowość, egoizm. Zdradzicie Mnie. Nie zdacie egzaminu, każdy pójdzie w swoją stronę, każdy będzie robił po swojemu”.

Jak musieli czuć się apostołowie, słysząc na pożegnanie (na zakończenie liturgii święceń!), że sobie nie poradzą, nie udźwigną tego, co dostali; pokłócą się i rozejdą, a wręcz już (!) są pokłóceni? Jezus jednym zdaniem rozbija wszystkie ich nadzieje, uderza w sam środek ich pięknego zapału. Jego krytycyzm ma udowodnić apostołom, że sami sobie nie poradzą, że mimo żarliwego zrywu i zmobilizowania wszystkich wewnętrznych sił jest w nich mnóstwo dziadostwa, biedy i niedojrzałości, które wezmą nad nimi górę.

Kubeł zimnej wody

Takie Słowo usłyszane dwanaście (nomen omen) dni przed święceniami naprawdę mną wstrząsnęło.

Bo oto Jezus patrzy teraz na mnie, na moich braci, na całe dziesiątki neodiakonów i neoprezbiterów i mówi, że sami z siebie nie wytrzymamy zgorszenia krzyża, że jesteśmy zbyt słabi, że sobie nie poradzimy z tym, co On (!) nam daje. Jego diagnoza działa jak kubeł zimnej wody na nasze rozgorączkowane dusze, które mówią: „Ja zrobię”, „ja naprawię”, „odbudujemy Kościół”, „zbawimy świat”, itd.

Jezus mówi: Nie zbawicie. Możecie za to wspaniale zdradzić.

Wieczernik to lekcja o mojej słabości, o tym, że nie wystarczą moje najszczersze chęci, że o własnych siłach to z planów na reewangelizację świata skończymy na kolejnych skandalach, kłótniach i gorszących podziałach. Oprócz energii, dobrych pragnień i talentów w krwioobieg Kościoła wprowadzimy naszą małostkowość, połamaną historię i grzech. Zapatrzeni w siebie i swoją rzekomą siłę zostawiamy Jezusa samego przy ołtarzu.

Pamiętam, jak wpatrywałem się w „Ostatnią Wieczerzę” Leonarda da Vinci i wstrząsnęła mną samotność Jezusa. Siedzi sam, wyraźnie oddzielony od uczniów. Dłonią wskazuje na chleb, ale nikt w tę stronę nie patrzy. Uczniowie gaworzą miedzy sobą, gestykulują, są żywo zainteresowani, ale raczej nie tym, o czym mówi im Jezus. On jest w tym gronie kompletnie niezrozumiały; wydaje się, że do ich umysłów nigdy nie dotrze to, co mówi.

Czy dziś jest inaczej? Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że czasem wszyscy obecni na liturgii (tak wierni, jak i szafarze) są kompletnie gdzie indziej, że nie interesuje ich to, co Jezus do nich mówi? Że tego nie mogą (albo i nie chcą) zrozumieć?

Wierny

Gdyby Jezus na tym skończył swoje słowa do uczniów, zapewne wyszedłbym z kaplicy mocno przerażony i rozbity. On jednak mówi: „(…) Mnie zostawicie samego, ale Ja nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną” (w. 32b).

„Nie jestem sam”.  Jezus stoi przy ołtarzu i jest w głębokiej, intymnej relacji z Ojcem. W Nim trwa Kościół. W Jego przylgnięciu do Ojca jest wspólnota, której ludzie nie potrafią stworzyć. I nawet jeśli wszyscy przestaną przejmować się Ewangelią i zwrócą w stronę własnych interesów, On będzie na nas czekał przy ołtarzu. On tam będzie!

Patrzę na siebie oraz na mój Kościół i widzę, że niczym się nie różnimy od apostołów. Mamy charyzmat zdradzania. Tak, w Kościele mnóstwo jest grzechów, brudu, słabości. Kolejną łopatę tych rzeczy sam dorzucę.

Wiem jednak (i za to szalenie kocham Kościół), że tam, przy ołtarzu, jest moja Miłość – i nic tego już nie zmieni. Jezus jest w Kościele, nawet jeśli zasłaniamy Go kiczowatymi banerami i mówieniem o samych sobie. Jest wierny. Jest w naczyniach glinianych, nawet jeśli wiele z nich się tłucze. Nie chciał Kościoła złożonego z aniołów i starannie dobranych osób. Wybrał dwunastu nieokrzesanych rybaków ze śmiesznej Galilei. Wydawać by się mogło to dość niefortunną pomyłką, gdyby nie fakt, że On nadal wybiera właśnie takich – a ja doświadczam tego na własnej skórze.

Dlaczego On tak chce? To Jego tajemnica. Może po to, żebyśmy nigdy nie dali się nabrać na to, że Kościół jest nasz, że całe dobro w nim to wysiłek naszej pracy, że to my naszą inteligencją odpuszczamy ludziom grzechy, a świętością sprowadzamy Boga na ołtarz? A może po to, że chciał być dla nas dostępny w takich miejscach i w takich osobach, od których nic nie będzie odstraszało nawet najbardziej pooranych przez życie?

Potłuczone naczynie z gliny

6 czerwca nie staję się kimś innym. Ubiorę dalmatykę na siebie z całym balastem mojej historii, biedy i pytań. Będę głosił Słowo, to które mnie nieskończenie przerasta. Pewnie nie raz – jak do tej pory – zostawię Go samego przy ołtarzu, błądząc w myślach i szukając radości tam, gdzie jej nigdy jeszcze nie znalazłem. Ale On tam będzie na mnie czekał.

Proszę Go codziennie o to, żebym nigdy nie przestał do Niego wracać. Chcę Mu uparcie zanosić potłuczone naczynie z gliny mojego życia i poddawać się żarowi Jego miłości, w którym On będzie mnie lepił na nowo. Modlę się, żebym nigdy o tym nie zapomniał.

Patrzę na to wszystko i powtarzam sobie w duchu, że to nie ja jestem nadzieją Kościoła. Jest wręcz odwrotnie: to Kościół (w którym uparcie siedzi zakochany we mnie Jezus) jest nadzieją dla mnie.