Drugie podejście

Wiosną wróciłem do lektury Zapisków więziennych. Rzadko zdarza mi się czytać jakaś książkę dwukrotnie (ledwie udaje mi się  przeczytać ćwierć z tego, co zalega moje półki od długich lat), tutaj jednak postanowiłem zrobić wyjątek. Początkowo mobilizowała mnie do tego myśl o zbliżającej się beatyfikacji kardynała Wyszyńskiego oraz czysta ciekawość tego, kogo spotkam między wierszami notatek pisanych w Stoczku Warmińskim czy Komańczy.

Przed siedmioma laty czytałem Zapiski więzienne troszkę z poczucia jakiegoś wewnętrznego obowiązku, momentami zakrawającego o autoprzymus („wstyd nie znać tak wielkiego człowieka!”). Nosiłem w sobie jedynie sztampowo odbity wzór człowieka, o którym wiedziałem, że jest Prymasem Tysiąclecia, że wobec komunistów był niezłomny, a dla Kościoła w Polsce Ludowej był pewnym punktem odniesienia. Znałem może jeszcze kilka innych faktów z jego życia (w czym zasługa mojej małej szkoły podstawowej, wzruszająco dumnej ze swojego patrona), ale poza tym cały obraz tego człowieka, zmarłego ponad dekadę przed moim urodzeniem, był szablonowy, pomnikowy i po trosze odczłowieczony.

Wygrzebawszy więc z jakiegoś ciemnego kąta klasztornego stare wydanie notatek kardynała, zacząłem je przeglądać z rosnącą ciekawością. Książka nie grzeszyła estetyką, jednak formalną brzydotę dzieła równoważył fakt, że trzymałem w sobie wydanie legendarnego Éditions du Dialogue, rocznik 1982, więc niedługo po śmierci samego prymasa oraz w samym środku ponurego czasu stanu wojennego.

Kardynał na kwarantannie

Nie spodziewałem się nadzwyczajnych odkryć. Czytałem niespiesznie, od początku uspokajany chłodem kwietniowego powietrza, choć ściętego strachem przed zarazą. Zaskoczony nagłym lockdownem bezwiednie szukałem – jak cały świat – odpowiedzi na to, w jaki sposób odnaleźć się w innej rzeczywistości… A może takiej samej, tylko brutalnie zatrzymanej w biegu?

Nie pamiętam, czy po Zapiski więzienne chwyciłem tknięty jakąś intuicją, czy też ot tak, bo była następna w kolejce. Wiem na pewno, że zagłębiając się w bardzo osobiste przeżycia kardynała, spotkałem człowieka z krwi i kości, a jednocześnie do szpiku tych kości przepojonego Ewangelią. Kogoś, kto z aktywnego i pełnego dynamizmu życia Kościoła został zmuszony do trzyletniej kwarantanny. Kogoś, kto cierpiał, będąc przez niektórych uważanym za zdrajcę. Dla przypomnienia dodam, że Kardynał był inicjatorem Porozumienia z 1950 r., a tym samym pierwszym w historii hierarchą zawierającym układ z państwem komunistycznym. W oczach wielu pozostałych biskupów oraz dyplomacji watykańskiej był z tego powodu uważany za co najmniej podejrzanego! Inni z kolei uznawali go za tkwiącego w ciemnogrodzie konserwatystę, który powtarzał tylko: „non possumus”.

Nie wiem, jak to możliwe, że zapiski sprzed 70 lat wydają się dzisiaj bardziej aktualne niż wtedy. Są bezsprzecznie aktualne w dzisiejszej rzeczywistości epidemicznej, społecznej i eklezjalnej.

Gdzieniegdzie dzieliłem się już różnymi perełkami, które zachwyciły mnie podczas tej relektury. Tutaj zbieram kilka z nich, robiąc z nich podręczny poradnik dla osób szukających punktu oparcia w szalonych czasach epidemicznych. Od razu zaznaczam, że nie opiszę wszystkiego! Mój indeks (jeden z wielu, które powstają i rosną na kontrtytułowych stronach książek w miarę postępowania naprzód w ich czytaniu) zawiera ponad dwadzieścia odnośników; inne jeszcze odkrywcze miejsca zaznaczyłem na żywym tekście, na marginesach dialogując półsłówkami z kardynałem lub pytając samego siebie. Choć trochę żałuję, że ilość przemyśleń z tej średniorozmiarowej książki już na wstępie mnie przerasta. Tak – lubię dzielić się tym, co mnie zafascynowało! Jednak z drugiej myślę, że lepiej zostawić lekki niedosyt niż przekarmić.

A więc – czas na przybliżenie sześciu kardynalskich (a zarazem kardynalnych) lekcji z trzyletniej kwarantanny.

1. Spójrz na ten czas jako na szansę

Od dawna już pragnąłem zdobyć nieco czasu na zaniedbaną lekturę; odkładałem sterty nie czytanych książek – na później. Dziś mogę więcej czytać – to jest jakaś zdobycz. Przeczytałem już wiele. Nie mogę wprawdzie pracować piórem, gdyż brak mi mego warsztatu pracy naukowej, ale nie żałuję tego, jak niczego, co przeżywam obecnie.

Aktywne życie prymasa urwało się w jednym momencie. Komuniści pozbawili go codziennych spotkań, wyjazdów, możliwości głoszenia gorących kazań i przemówień. Choć kardynał w wielu miejscach daje wyraz swojej tęsknocie, nie wpada w jakąś melancholię ani nie pyta ciągle: „Kiedy będzie jak było?”. Wie doskonale, że szkoda czasu na czcze utyskiwania. W jego grafiku jest pusto, ale doba ciągle ma dwadzieścia cztery godziny do wykorzystania!

Znasz to? Puste grafiki, plany kompletnie niepewne, niespodziewane obostrzenia i tęsknota za tym, żeby się spotkać, skończyć z tymi „onlajnami” i powtarzanym w kółko DDM (dezynfekcja! – dystans! –  maseczki!)… Można patrzeć na tę sytuację i lwią część czasu stracić na narzekaniu na tę niepewność. A można wreszcie zająć się tym, co przez lata odkładało na później. Szkoda tracić czas na życie poza teraźniejszością.

2. Otwórz oczy na mikroświat

Rozkoszą dla serca było dla mnie czytanie niespiesznych opisów przyrody, których na kartach Zapisków… jest całkiem sporo. Uroczo jest czytać, jak kardynał zachwyca się najmniejszymi kwiatuszkami, a trosce o ptaszki poświęca tak wiele czułości! Mógł przecież bez końca snuć rozmyślania na temat tego, czego został pozbawiony. Zajmować się jedynie chłodną sytuacją polityczną, administracją, pogmatwanymi problemami Kościoła, którego był pasterzem… On zaś – nie zaniedbując swojej pracy – zachwycał się mikrokosmosem, który miał w zasięgu ręki. Świat huczał od życia beztrosko nieświadomego, że gnieździ się w najpilniej strzeżonym miejscu stalinowskiej Polski. Posłuchajcie tego fragmentu:

Wiosna była rozkoszna: pierwiosnki (przebiśniegi) zadziwiały swą siłą, przebijającą twardą skorupę lodowych gór; przylaszczki, barwinki ukwieciły z kolei łąkę, która na jesieni wyglądała jak śmietnik. Gdy zakwitły żółte mlecze i drzewa owocowe, był to obraz niezapomniany. Rozkochaliśmy się w szpakach, których troski macierzyńskie i pedagogika społeczna, a zwłaszcza obżarstwo młodego pokolenia – zdumiewały nas. Tyle zapału spożywczego, tyle wymownej prośby w rozwartych dziobkach, tyle wysiłku zaopatrzeniowego może posłużyć za temat do rozważań na długie godziny. Ile można zobaczyć na zamkniętym odcinku ziemi, gdy człowiek zmuszony jest patrzeć tylko na „krótką” metę, przekonałem się dopiero w Stoczku. Jeśli taki maleńki skrawek ziemi jest tak bogaty w życie, cóż mówić o globie?

Czyż to nie jest śliczne? Można wyrywać sobie włosy z powodu zamkniętych granic. Można ciągle z frustracją czekać, aż znowu będzie można spokojnie lecieć na inne kontynenty, żeby podziwiać kolejne egzotyczne cuda natury i kultury. Tymczasem w swoim własnym ogrodzie (parku miejskim, pobliskim lesie) powodów do zachwytu są tysiące. Wzruszające są jesienne liście (każdy jest inny!) oraz mrowie kopce w lesie. Otacza nas niezwykła różnorodność gatunków i mnogość życia. Przyzwyczajeni i zaimpregnowani na to, co bliskie, bagatelizujemy piękno, które można kontemplować bez końca.

3. Nie idź za tym, co czujesz

Odnawiam najlepsze swoje uczucia dla wszystkich ludzi. Dla tych, co mnie teraz otaczają najbliżej. I dla tych dalekich, którym się wydaje, że decydują o moich losach, które są całkowicie w rękach mego Ojca Niebieskiego. Do nikogo nie mam w sercu niechęci, nienawiści czy ducha odwetu. Pragnę się bronić przed tymi uczuciami całym wysiłkiem woli i pomocą łaski Bożej. Dopiero z takim usposobieniem i z takim uczuciem mam prawo żyć. Bo tylko wtedy życie moje będzie budowało Królestwo Boże na ziemi.

Lektura tych słów była dla mnie wstrząsem. Przecież on miał prawo nienawidzić tych ludzi! Gniew, rozgoryczenie i złość były uczuciami absolutnie naturalnymi, które musiały budzić się w sercu kardynała. Był ulokowany w nieludzkich warunkach, otoczony cyniczną gromadą strażników, pozbawiony podstawowych praw człowieka, kompletnie niepewny co do swojej przyszłości. Miał prawo do nienawiści. A mimo to (mając pełną świadomość swoich uczuć) powiedział sobie: „nie”. Nie pozwolił („całym wysiłkiem woli” – co za heroizm!) na to, żeby stać się niewolnikiem ślepych instynktów. Wiedział, że nienawiścią niczego nie wygra ani nie zbuduje. Przekleństwem nie pokona adwersarzy, a za to skutecznie spustoszy swoje własne serce.

Jak bardzo potrzebujemy tej mądrości. Tego, żeby nie tłumaczyć swojej agresji tym, że „tamten zaczął”, a zarazem nie zasklepić się w swoim gniewie i złości. Nie burzyć też mostów do ludzi, którzy zadali mi rany.

Warto mieć głęboką świadomość uczuć, jakie powstają w moim sercu. Warto je nazywać po imieniu. A zarazem nie być ich niewolnikiem. To, czy energię z tych uczuć wykorzystam do dobra czy do zła, zależy już jedynie od mojej wolnej decyzji.

4. W święta zmarnuj dużo czasu

Zwykło się widzieć w kardynale człowieka bardzo uporządkowanego, pilnującego wyznaczonych godzin pracy, modlitwy i odpoczynku. I słusznie. Jednak to nie było tak, że był on zimnym służbistą, pilnującym jedynie harmonogramu i żyłującego siebie i swoich towarzyszy więzienia. Potwierdza to opis Bożego Narodzenia:

Postanowiliśmy sobie, że obydwa dni świąteczne spędzimy razem, od wczesnego ranka do wieczora. Nikt nie może czuć się samotny. Zwalczamy w sobie wzajemnie nostalgię, każde zamyślenie, każdy „unik” towarzyski. Bóg nas skazał na siebie i musimy sobie wzajemnie pomagać. Dajemy też sobie zobowiązanie: że będziemy się modlić wzajemnie za naszych rodziców i rodzeństwo, aby rozpędzić chmury smutku, które mogłyby ich ogarnąć. Zawieszamy jutro wszystkie zwykłe prace, nie bierzemy do ręki pióra ani naszych książek; wolno też wszystkim mówić wszystko, bez cenzury słowa, choćby to było bardzo niemądre. Całkowita swoboda dla dzieci Bożych.

Są takie chwile i dni, kiedy trzeba odłożyć na bok wszystkie niedokończone prace i bez najmniejszych wyrzutów sumienia odpocząć. Dobre przeżycie Bożego Narodzenia wcale nie oznacza obowiązkowej ciszy i długich modlitw. Święta są po to, żeby skupić się na sobie i najbliższych, nawet jeśli czasem oznacza to odrobinę bałaganu i gadanie nie do końca przemyślane.

Do wszystkich perfekcjonistów i pracoholików Prymas mówi: nie zapomnij o smaku życia. Gdy zaczynają się święta, to bez najmniejszego wyrzutu sumienia powiedz sobie „stop” i najzwyczajniej w świecie bądź z tymi, którzy żyją obok ciebie.

5. Znajdź Ojca

Ewa Czaczkowska w biografii kardynała (gorąco polecam) zauważa, że w więzieniu nastąpił w jego życiu zwrot w modlitwie; bardzo często zaczął zwracać się do Boga: „Ojcze”. Na każdym kroku pisze do niego w ten sposób i nie jest to bezmyślna apostrofa. On miał w sobie głębokie przeświadczenie o swojej niewystarczalności, świadomość prawdy o tym, że jest synem, tzn. że źródła jego istnienia wykraczają poza niego samego. To tak, jakby chciał powiedzieć: „Nie ja jestem autorem swojego życia, ale Ty. Więc opiekuj się mną”.

Odkrycie prawdy, że Bóg jest Ojcem (u kardynała zakotwiczone w relacji do swojego ziemskiego ojca, do którego z więzienia pisał pełne szacunku listy) naprawdę pomaga w przeżyciu trudnych chwil. Przyznanie się do bycia słabym dzieckiem wcale nie jest oznaką słabości. Przeciwnie: otwiera na obecność Kogoś, od kogo pochodzę. On stoi nieustannie po mojej stronie. Noszę w sobie Jego rysy; jest moim Ojcem!

6. Poczuj, że jesteś!

Życie jest większym darem niż cokolwiek, bo można przedzierać się przez nie jak przez dżunglę, ku Tobie. Porwane są moje szaty, pełen jestem ran, jakbym wracał z pola bitwy, ale Ty wszystko zaleczysz i uzdrowisz. Nie żałuj, Ojcze, że dałeś mi życie: przymnóż łaski, a wystarczy mi. Jestem Ci wdzięczny za życie, za całe życie, nawet za obecne, które mi upływa w więzieniu. Nawet to jest lepsze niż niebyt.

To do wszystkich tych, którzy przeklinają rok 2020. Nawet jeśli wychodzimy z niego, osobiście i społecznie, gospodarczo i etycznie, politycznie i kościelnie poharatani, to jesteśmy! Nawet jeśli nie wiemy, co dalej będzie z nami i ze światem, to mamy w swoich rękach życie, największy dar. Jesteś! Jak to śpiewa Kwiat Jabłoni: „To zapiera dech, że jest coś, a nie nic!”.

Wielka postać czy Ojciec?

Poznając Stefana Wyszyńskiego, radość ze zbliżającej się beatyfikacji miesza się we mnie z odrobiną lęku. Boję się, że będzie następną osobą, z której zrobimy postać. Boję się nowych pomników, nazywania jego nazwiskiem kolejnych alei i wygłaszania płomiennych prelekcji na temat jego wielkości. Nie dlatego, że mu się to nie należy (bo mało komu należy się to tak, jak jemu!), ale dlatego, że możemy go nieświadomie odczłowieczyć, oddalić i zapomnieć (mając oczywiście spokojne sumienia). On będzie tam, na cokołach – a my tu, w szarej i pogmatwanej rzeczywistości. Czy nie będzie się to gryzło ze słowami relatora procesu beatyfikacyjnego Prymasa, który powiedział, że mógłby być on „patronem osób, które czują, że znalazły się w sytuacji bez wyjścia”?

Stefan Wyszyński był Ojcem Narodu, a nie jego tyranem. Dlatego też wystarczy mi jego skromna fotografia w moim pokoju (pięknie się z niej uśmiecha, trzymając w ręku prosty, polny kwiat) i wyczulone ucho, które z pietyzmem będzie słuchać jego wskazówek.

Ojcze, pomóż nam odnaleźć się w rzeczywistości wcale nie prostszej niż pół wieku temu.

br. Celestyn Cebula OFM