Gotowi na więcej?


Oczekiwanie na Uniżonego

Jesteśmy w okresie adwentu. Przygotowujemy się do świąt upamiętniających jeden z największych ukłonów Boga w stronę człowieka – jego wcielenie. Chrystus (…) ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi (Flp 2,7). Zrobił to po to, żeby człowiek, ograniczony przez swoją naturę, miał szanse go poznać. Przygotowanie do tego wydarzenia trwało tysiące lat. Proces przygotowania na spotkanie człowieka z Bogiem opisuje Stary Testament. Potrzeba było tak wiele czasu, żeby człowiek mógł zmienić myślenie – nawrócić się i przyjąć prawdę objawioną przez Boga w Jezusie Chrystusie.

Czekasz na to do czego się nie przygotowujesz?

Patrząc na objętość tekstów, które opisują przygotowanie do przyjścia Jezusa na świat (Stary Testament) oraz te opisujące jego działalność (Ewangelie) od razu widać, gdzie musiało zostać włożone więcej pracy, a raczej współpracy ludzi z Bogiem. Uważnego obserwatora ludzkiej rzeczywistości nie powinno to zaskoczyć. Aby dobrze przeżyć jakieś wydarzenie konieczne jest przygotowanie.

Spójrzmy na narzeczonych, którzy przygotowują się do swojego ślubu i wesela. Okres przygotowań rozpoczyna się na wiele miesięcy (a czasem lat) wcześniej. Trzeba zamówić i udekorować salę, ustalić jadłospis, zaprosić rodzinę. Te czynności są bardzo ważne, ponieważ samo wydarzenie trwa bardzo krótko. Często można usłyszeć zarzut, że poświęca się tyle czasu i wydaje tyle pieniędzy na przygotowanie jednego wieczoru. Ale przecież to właśnie jest sposób w jaki przyszli małżonkowie i ich rodzice podkreślają wagę wydarzenia. Bez czasu przygotowań, ślub i wesele przeżyte byłby o wiele mniej owocnie.

Wróćmy do historii zbawienia. Gdyby ludzie nie zostali przez Boga przygotowani na jego wcielenie, prawdopodobnie nauki Jezusa nie zostałyby przyjęte w takim stopniu jak to się wydarzyło, a jego życie i działalność nie dałyby początku chrześcijaństwu. Kościół jest świadomy tego, jak ważne jest przygotowanie. Można to zauważyć w kalendarzu liturgicznym. Mamy w nim dwa długie okresy przygotowujące wiernych do świąt – Adwent przygotowuje do Świąt Narodzenia Pańskiego, natomiast Wielki Post do Wielkanocy. Często słyszymy, że dobre przeżycie tych okresów jest „gwarancją” dobrego przeżycia świąt. W tym czasie jesteśmy zachęcani do podjęcia postanowień, do gorliwej modlitwy, postu, czynienia uczynków miłosierdzia. Te sposoby są wypróbowane przez Kościół od lat. Ich skuteczność jest potwierdzona. Możemy być dobrze przygotowani postanawiając choćby częściej niż zwykle uczestniczyć we Mszy św. (może nawet w tej szczególnej, adwentowej – w Roratach), gdzie Bóg przychodzi do nas w swoim Ciele i Krwi.

Ślepy zaułek

Do tego momentu wszystko wygląda wręcz wzorowo. Co jednak zrobić, gdy w naszej głowie coraz częściej pojawiają się refleksje: „wyszedłem z Mszy św. i nawet nie wiem o czym była Ewangelia” albo „znowu nie mogłem się skupić na Mszy świętej”. Czy istnieje sposób, żeby poprawić „jakość” przeżywania Eucharystii? Sposób na takie problemy podsuwa nam Kościół, a bardzo trafnie opisuje go św. Karol Boromeusz, biskup. W jednym ze swoich przemówień odnosi się do problemów księży z jakimi do niego przychodzą: Kto inny narzeka, że gdy przychodzi, aby się modlić czy też sprawować ofiarę Mszy św., od razu cisną się mu na myśl tysiące spraw, które odrywają go od Boga. Ale zanim udał się do chóru, zanim rozpoczął Mszę św., cóż czynił w zakrystii, jak się przygotował, jakie zastosował środki do zachowania skupienia? (cały tekst przemówienia zamieszczam poniżej)

Kiedy po raz pierwszy natrafiłem na ten tekst, pytania przeszyły mnie jak strzały. Nie odnoszą się one przecież tylko do księży. Uświadomiłem sobie, że nie robię praktycznie nic, żeby wyciszyć się przed Mszą św. Zawsze staram się przeczytać Słowo Boże, które będzie odczytane na Eucharystii, ale zazwyczaj robię to w ostatniej chwili, tuż przed rozpoczęciem Liturgii. Nie daję sobie czasu na rozważenie Słowa, na modlitwę o dobre przeżycie Eucharystii czy po prostu na uporządkowanie myśli, żeby nie rozpraszały mnie w trakcie Mszy św.

On nam wychodzi naprzeciw

Natura ludzka nas ogranicza. Bóg w swojej wspaniałomyślności wychodzi nam naprzeciw, dostosowuje siebie do ludzkich możliwości poznania. Posyła swojego Syna na świat w naszej, ludzkiej osobie. Zostawia nam Eucharystię, pokarm, który możemy przyjmować – który możemy kosztować naszymi zmysłami. Zostawia nam Słowo, które możemy czytać, które możemy słuchać. Bóg daje nam łaskę wiary. Nie wystarczy jednak tylko chcieć korzystać z tych Bożych darów, mimo że taka postawa nieraz lansowana jest nawet w środowiskach katolickich. Z Bożą łaską trzeba współpracować, być gotowym na jej przyjęcie.

Trzeba być gotowym na uczestnictwo w Eucharystii. Właśnie dlatego odświętnie ubieramy się do kościoła, żeby swojej ludzkiej naturze pokazać, że przygotowujemy się na coś uroczystego, na coś ważnego. Nie możemy iść na Eucharystię, kiedy pięć minut wcześniej skończyliśmy oglądać film akcji albo sfinalizowaliśmy intensywne przygotowania do egzaminu. Nasz mózg i nasze ciało na pewno tak szybko nie zdążą odreagować i nie będziemy gotowi do modlitwy. W końcu nie możemy też zakładać, że bez wcześniejszego spokojnego przeczytania i rozważenia Słowa Bożego łatwo nam będzie je przyjąć do serca i zastosować do naszego życia.

Pytanie podstawowe – czy chcę?

Kościół i święci dają nam wiele wskazówek jak odpowiednio przygotowywać się do Eucharystii i jak ją przeżywać, żeby mogła przynieść nam duchowy rozwój i prawdziwie pogłębiać naszą relację z Bogiem. Na pewno konieczne jest rozważenie Słowa Bożego, które będzie odczytane na Eucharystii. Dobrą praktyką jest również wzbudzenie w sobie intencji. Odpowiednim momentem do przedstawienia jej Bogu jest ofiarowanie (moment po procesji z darami lub – gdy jej nie ma – po modlitwie powszechnej), kiedy na ołtarzu składane są dary ofiarne: chleb (symbol naszych codziennych spraw) i wino (symbol naszych radości i smutków). Ważną częścią Eucharystii jest oczywiście Komunia święta. Wtedy także warto wzbudzić w sobie intencję przedstawioną w czasie ofiarowania i w jej duchu przyjąć Jezusa do swojego serca.

Na koniec jeszcze raz przytoczę fragment wspomnianego już przemówienia św. Karola Boromeusza: Wszyscy wprawdzie, przyznaję, jesteśmy słabi, ale Pan Bóg udzielił nam środków, z których, jeśli tylko zechcemy, możemy łatwo skorzystać […] postu, modlitwy, unikania złych i szkodliwych rozmów oraz niebezpiecznych poufałości.

 

Z przemówienia św. Karola Boromeusza, biskupa, wygłoszonego w czasie ostatniego synodu

(Acta Ecclesiae Mediolanensis, Mediolani 1599, 1177-1178)

Wszyscy wprawdzie, przyznaję, jesteśmy słabi, ale Pan Bóg udzielił nam środków, z których jeśli tylko zechcemy, możemy łatwo skorzystać. Spójrzmy więc na kapłana, który wie, że wymaga się od niego świętości życia, wstrzemięźliwości i anielskich obyczajów w postępowaniu. Chciałby tego wszystkiego, ale nie myśli o zastosowaniu prowadzących ku temu środków: postu, modlitwy, unikania złych i szkodliwych rozmów oraz niebezpiecznych poufałości.

Kto inny narzeka, że gdy przychodzi, aby się modlić czy też sprawować ofiarę Mszy św., od razu cisną się mu na myśl tysiące spraw, które odrywają go od Boga. Ale zanim udał się do chóru, zanim rozpoczął Mszę św., cóż czynił w zakrystii, jak się przygotował, jakie zastosował środki do zachowania skupienia?

Chcesz, abym cię pouczył, w jaki sposób możesz skutecznie postępować w cnocie, w jaki sposób, jeśli byłeś skupiony w chórze, następnym razem możesz być jeszcze bardziej uważny, a twoja modlitwa jeszcze milsza Bogu? Posłuchaj, co powiem. Jeśli płomień Bożej miłości zapalił się już w tobie, nie odsłaniaj go pochopnie, nie chciej wystawiać go na wiatr. Pilnuj ognia, aby nie zagasł i nie utracił swego ciepła. Oznacza to: uciekaj, jak dalece możesz, przed rozproszeniami, trwaj w skupieniu przed Bogiem, unikaj próżnych rozmów.

Polecono ci głosić i nauczać? Ucz się i przykładaj do tego, co niezbędne do sprawowania tego urzędu; staraj się przede wszystkim, abyś przepowiadał życiem i obyczajami, aby inni nie szydzili z twych słów i nie potrząsali głowami, widząc, że co innego głosisz, co innego zaś czynisz.

Jesteś duszpasterzem? Nie chciej z tego powodu zaniedbywać siebie samego i nie udzielaj się tak bardzo wokoło, aby dla ciebie już nic nie zostało. Masz bowiem pamiętać o duszach, którym przewodzisz, ale nie tak, abyś zapomniał o swojej własnej.

Pamiętajcie, bracia, że nic nie jest tak potrzebne ludziom Kościoła, jak modlitwa myślna. Ona to poprzedza wszystkie nasze czynności, towarzyszy im i po nich następuje. „Będę śpiewał – powiada prorok – i rozważał”. Jeśli udzielasz sakramentów, myśl, bracie, o tym, co czynisz. Jeśli odprawiasz Mszę św., zastanów się, co ofiarujesz. Śpiewasz w chórze, pomyśl, z kim rozmawiasz i o czym mówisz. Jeśli jesteś kierownikiem dusz, pamiętaj, czyją krwią zostały oczyszczone, a „wszystko, co czynicie, niech się dokonuje w miłości”. W taki sposób potrafimy łatwo przezwyciężyć niezliczone przeszkody, których doświadczamy każdego dnia (na to bowiem zostaliśmy ustanowieni), i otrzymamy moc rodzenia Chrystusa w nas samych oraz w innych.

(Liturgia Godzin, Godzina Czytań z dnia 4 listopada)