Dlaczego na zawsze?


4 października złożyłem śluby wieczyste. Nie jest mi wcale łatwo ochłonąć po uroczystej decyzji, która zdefiniowała całe moje życie. Razem z trzema moimi współbraćmi (Eliaszem, Tomaszem i Filipem) wyraźnie powiedziałem Bogu swoje „tak”, obiecując, że nigdy go nie cofnę.

Wiem: to bardzo wielkie słowa. Piszę je jednak w ciszy i skupieniu, próbując je adekwatnie zważyć i dobrać. Jestem przekonany, że nie podyktowała mi ich moja wybujała fantazja.

Tak, wybrałem ubóstwo, posłuszeństwo i czystość. Tak, mam świadomość, że to jest coś, co określa się jako życie pokuty. Po sześciu latach życia w klasztorze mogę zaświadczyć o tym, że tak jest – to życie twarde, trudne i wymagające. Zmiana imienia i noszenie brązowego habitu nie ustanawia jeszcze raju.

Więc dlaczego chcę tak żyć?

Nie dla idei!

Po prostu dlatego, że tutaj jest Jezus.

W życiu nie wybrałbym życia zakonnego dla jakiejś bezosobowej, choćby najszlachetniejszej czy najciekawszej idei. Złożyłem śluby wieczyste dlatego, że spotkałem Jezusa. Właściwie zderzyłem się z Nim jedenaście lat temu. Dobrze pamiętam pierwsze chwile naszej świadomej relacji (niektórym wspomnieniom nieodmiennie towarzyszy szeroki uśmiech). Spotkałem Go nie jako piękną postać z historii, ale kogoś żywego. Kogoś, za kim bardzo tęskniłem.

Ach, co to była za radość odkrywać, że Pismo święte to nie tylko zbiór nakazów i zakazów, ale Słowo, które jest skierowane dokładnie do mnie! Jak się cieszyłem z tego, że w Eucharystii Bóg naprawdę jest ze mną! Ile pokoju odkryłem w fakcie, że w Jezusie mam PEŁNY dostęp do Ojca; że przez wiarę mogę Go poznać, że nie jestem już zdany na siebie i perspektywę, która kończy się śmiercią. Bóg jest! Jest! Więcej: stoi radykalnie po mojej stronie, uwalnia mnie z grzechu! I… Zaprasza mnie do odpowiedzi.

Piszę o tym, bo to nieustannie jest tak naprawdę jedyny powód dla którego wybrałem drogę rad ewangelicznych (czyli – mówiąc mniej branżowym językiem – zakon). Wybierając zakon nie myślałem o braciach (bo ich nie znałem), nie planowałem sobie przyszłości… W nosie miałem własne szczęście. Chciałem być cały dla Jezusa. I być tam, gdzie On mnie chce. A On wybrał.

Krzyż i życie wieczne

Oczywiście podjęcie decyzji ostatecznej wcale nie było proste. Bóg jest uczciwy do bólu i gra w otwarte karty: nie pozwolił na to, żebym wybrał życie zakonne bez wcześniejszego pokazania mi, z czym ono się wiąże.

Przez te lata rozeznawania powoli odzierał mnie ze złudzeń. Dał mi doświadczyć bólu samotności, smutku z powodu braku posiadania czy goryczy niespełnienia. Równocześnie dawał mi też mnóstwo światła, posyłał „zwiastunów swojego istnienia” i radość z tego, że mogę z Nim mieszkać pod jednym dachem i spędzać z Nim każdą wolną chwilę.

Każdemu, kto dla Jego królestwa zostawia wszystko, obiecuje dwie rzeczy: krzyż i życie wieczne. Smutek i radość. Cierpienie i mistykę. Życie z Jezusem, ale Ukrzyżowanym.

One way ticket

Wcale nie jest tak trudno powiedzieć: „kocham cię”. Nie jest trudno ślubować miłość. Trudno jest powiedzieć: „na zawsze”.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym trudno jest zdecydować się na coś do końca życia. Podświadomie zostawiamy sobie półprzymknięte drzwi, zabezpieczamy się, asekurujemy, upewniamy… Paraliżuje nas lęk przed przegraną. Niektórzy w nieskończoność przedłużają sobie studia, odkładają założenie rodziny czy podjęcie jakiejś ważnej życiowej decyzji tylko z tego powodu, że jeszcze nie są „pewni”, „gotowi”, itp. Bo jak zaczną się problemy to najlepiej nie próbować się nimi zająć, tylko zerwać, uciec i zacząć coś nowego. Lekkiego. Przyjemnego.

Można żyć tak bardzo długo. I owszem, nie ponieść żadnej klęski. Ale też nic po sobie nie zostawić. Żyć miałko, zostać pustym, bez żaru i radykalizmu. Bez decyzji „na zawsze”.

Ja tak nie chcę. Wchodzę w życie zakonne, chociaż nie mam pojęcia, co mnie w nim czeka. Wsiadam do pociągu, wybierając opcję one way ticket. Nie z nieroztropnej zuchwałości, ale z zaufania, że Ktoś na mnie czeka na odległej stacji. Smutno mi, kiedy muszę pożegnać się z krajobrazami, do których przywykłem, ale nie mam już czasu! Godzina odjazdu nadeszła, a kolejnej szansy mogę już nie mieć.

Pamiętam, jak po maturze zmagałem się sam ze sobą. Nie czułem się gotowy, żeby zacząć życie zakonne, a jednocześnie wyraźnie słyszałem zaproszenie. Po miesiącu niepewności desperacko chwyciłem za Ewangelię i trafiłem na taką, która mówiła dokładnie o mnie:

A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: «Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz!» Jezus mu odpowiedział: «Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć». Do innego rzekł: «Pójdź za Mną!» Ten zaś odpowiedział: «Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca!» Odparł mu: «Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże!» Jeszcze inny rzekł: «Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu!» Jezus mu odpowiedział: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego».

(Łk 9, 57-62)

 

Czytałem ją w kółko. Przy świetle lampki nocnej kłóciłem się, dyskutowałem i zarzucałem Bogu, że jest uparty, że Jego wymagania są nieludzkie (bo boskie), że się w ogóle nie liczy z naszą słabością… Wytaczałem wszystkie argumenty, ale On łamał mój opór i wyciszał. W końcu poddałem się Mu całkowicie i napisałem na marginesie mojej Biblii do samego siebie: „Nie żegnaj się z nikim. Idź, woła cię”.

I poszedłem.

Będziemy razem

Ostatnie dni przed ślubami były dla mnie bardzo trudne. Z jednej strony nie mogłem się doczekać na to, żeby się oddać Bogu bez zastrzeżeń, a z drugiej – wiedziałem, że mówię to „tak” Ukrzyżowanemu. To wszystko skumulowane na styku ciała, duszy i psychiki miało jeden skutek: nie potrafiłem znaleźć swojego miejsca. Modliłem się, sprzątałem, grałem w piłkę, słowem: robiłem wszystko, żeby ze sobą wytrzymać (i żeby bracia wytrzymali ze mną). Słuchałem Słowa, ale – oprócz głębokiego pokoju na dnie serca – niewiele do mnie docierało.

Dopiero po wszystkim – kiedy goście odjechali, emocje opadły, pobieżnie przejrzałem wszystkie prezenty (co z nimi zrobić?), umilkł trochę radosny gwar dobrych słów, jakie usłyszałem – usiadłem w kaplicy i zacząłem się modlić. Był późny wieczór, byłem (chyba) sam. Głupio się przyznać, ale poczułem smutek. Siedziałem przed tabernakulum, z którego patrzył na mnie mój Jedyny. Dotarło do mnie, co zrobiłem – zamknąłem za sobą wszystkie drzwi. Skończyłem bezpieczny czas rozeznawania. Wybrałem. Złożyłem całą nadzieję w Tajemnicy, którą znam i nie znam zarazem. Związałem się z Bogiem, który stał się mi najbliższym, a jednak pozostał Innym.

Przez dłuższą chwilę siedziałem w milczeniu. Skonsternowany tym, co czuję, nazwałem to po imieniu i zastanawiałem się, co to może oznaczać. Po dłuższej chwili, znużony swoją bezradnością uznałem, że nic tu po moich roztrząsaniach. Wyciągnąłem Pismo i jeszcze raz uważnie czytałem Słowo, które Kościół mi dał na ten dzień. Mój wzrok padł na słowa:

Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie (…) a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych!

 

Pomyślałem: o co chodzi z tym jarzmem? To przecież taka prosta rama, do której kiedyś zaprzęgało się dwoje zwierząt podczas pracy w polu. Jeśli więc do swojego jarzma zaprasza mnie dziś Jezus, to znaczy, że mówi mi po prostu: „Będziemy wszystko nosić RAZEM”. Uwalnia mnie od obaw o Kościół i Zakon; od poczucia, że się nie spełnię… Moje porażki są Jego porażkami, a moje zwycięstwa Jego zwycięstwami. Nie dzielimy już na „moje” i „Jego”. Nigdy nie będę już sam. On bierze pełną odpowiedzialność za moje życie.

Idę o zakład, że to prawda. I postawiłem w nim całe moje życie.