Wszystko się sypie


Jeszcze nie teraz

Adwent zawsze zaczyna się zbyt szybko i jakoś nie w porę. Nie pamiętam, kiedy udało mi się dobrze go rozpocząć. Wchodzę w ten czas zazwyczaj wewnętrznie nienastrojony, z dyskomfortem i nutą niezadowolenia z samego siebie.

Co roku zaczyna się to prawie tak samo. Jest sobota wieczór; po całodziennej bieganinie (nie mam pojęcia za czym), wreszcie ląduję na swoim miejscu w kaplicy. Sprawnym ruchem biorę mój brewiarz i bez zbędnego namysłu sprawdzam wszystkie zakładki. Za moment – śpiewając Godzinę Czytań – całą wspólnotą rozpoczniemy Adwent, przygotowanie na powrót Pana. Zakrystianin gasi wszystkie światła, oszczędzając tylko nikłe płomyki lampek wiecznych, które przypominają, że Ktoś tu z nami jest. Przez chwilę siedzimy w milczeniu, schowani w ciemności.

Przypudrowane pustkowie

Patrzę za okno. Lubię obserwować, jak daleko za oknami toczy się zwyczajne, przedświąteczne życie: samochody bezszelestnie suną przez szary od smogu rynek Kalwarii; na północnym wschodzie migają światła Skawiny i Krakowa; gdzie indziej do lądowania na odległych Balicach szykuje się jakiś samolot… Mrok, w którym nikt mnie nie widzi uruchamia we mnie cały wachlarz myśli i pytań bez odpowiedzi. Za czym oni wszyscy biegną? Gdzie idą? O czym myślą? Chwilę potem: Za czym ja sam biegnę? Gdzie jestem? Zaraz zaczyna się adwent… Czy jestem gotowy na Jego przyjście? Co to dla mnie znaczy?

Zanim zdążę odpowiedzieć sobie na to ostatnie pytanie, do kaplicy wchodzi kapłan, diakon i dwóch ministrantów. Niosą niewielki kaganek, którego promyk tańczy na naszych twarzach, pozwala złapać w tym mroku jakiś punkt oparcia. Diakon nabiera oddech i zaczyna śpiewać pieśń Rorate caeli: Ecce civitas Sancti facta est deserta, Sion deserta facta est, Jerusalem desolata est… („Oto miasto Święte opuszczone, Syjon stał się pustkowiem, Jerozolima wyludniona…”). Słyszę te słowa i mam nieodparte przekonanie, że to o mnie i o tym, co widzę za oknem. Czuję, że Kościół śpiewa tu po prostu prawdę: o świecie, o sobie samym, o moich braciach, wreszcie o mnie samym. Nie mam złudzeń, że to my jesteśmy tym opuszczonym i zniszczonym Jeruzalem.

Obserwuję świat i widzę, że on nie potrafi sobie poradzić z przerażającą pustką serca. Plastikowym „Last Christmas” zagłusza swoje poczucie bezsensu; wymuszonym uśmiechem mówi o magii świąt, a czuje się bezradny wobec swojego grzechu, spychanego w najgłębsze piwnice sumienia…

Mój Kościół też wydaje się być jak nadłamana trzcina. Przez huczne skandale mnóstwo osób zadaje sobie pytanie o to, czy ma on coś wspólnego z Bogiem.  Czasem wątpią w to już nawet pasterze, porzucając owce i z goryczą mówiąc o tym, że nie widzą sensu swojej misji. Patrzę w dodatku na swoje własne życie i widzę, że wiele się nie różni od tego, co widzę na zewnątrz.

Tu po prostu wszystko się sypie. Coraz mocniej osacza nas nieodparte poczucie, że nawet pomimo wielkich chęci nie ogarniemy tego wszystkiego, nawet przed Pasterką. Z obory pałacu nie będzie… Ale może być żłóbek.

Odnowiciel w ruinach

Uświadomił mi to w tym roku papież, który napisał do całego Kościoła list Admirabile signum („Znak godny podziwu”). Ojciec Święty nie kreśli tam co prawda wielkich i pełnych żaru kierunków ewangelizacji (to już zrobił w Evangelii gaudium – polecam!), ale… opisuje szopkę betlejemską. Z jakąś prostotą dziecka czyta Ewangelię, patrzy na żłóbek i próbuje odnaleźć tam to, co to dzisiaj dla nas znaczy.

Czytam:

Warto też zwrócić uwagę na krajobrazy, będące częścią żłóbka. Często przedstawiają one ruiny starożytnych domów i budynków, które w pewnych przypadkach zastępują Grotę Betlejemską i stają się domem Świętej Rodziny. (…) Te ruiny są przede wszystkim widzialnym znakiem upadłej ludzkości, tego wszystkiego, co popada w ruinę, co jest zepsute i zasmucone. Ta sceneria mówi, że Jezus jest nowością pośród starego świata i przyszedł, aby uleczyć i odbudowywać, żeby przywrócić nasze życie i świat do pierwotnej wspaniałości.

Ruiny!

Ten prosty tekst uczy mnie na nowo logiki Ewangelii, o której ciągle zapominam.

To nie jest tak, że Bóg czeka, aż świat się naprawi, żeby do niego wejść. Jest wręcz odwrotnie: On wchodzi w ten świat taki, jaki on jest (nawet jeśli to gruzowisko), a zmiana wtedy staje się możliwa. Bóg zamieszkał w świecie, który Go nie chciał, wyrzucił na peryferie miasta i dał tylko zimną i wilgotną grotę. Pomimo to nigdy nie wycofał swojej decyzji. Ta prawda leczy mnie z zapędów wewnętrznego perfekcjonisty, który do Świąt chce wszystko (nie tylko w sobie) uporządkować.

Czas tęsknoty

Bóg nie żałuje swojego wyboru. Uparcie rodzi się w świecie zdezorientowanym w neurotycznej pogoni za szczęściem; przyznaje się do wspólnoty Kościoła pomimo grzechów jego dzieci; przychodzi do serc, które na to nie zasługują i nie są przygotowane. Tak, przychodzi do mnie.

Sposób działania Boga niemal oszałamia, ponieważ wydaje się niemożliwe, aby wyrzekł się swojej chwały, żeby stać się człowiekiem, takim jak my. Cóż za niespodzianka, że Bóg przyjmuje nasze własne zachowania: śpi, karmi się mlekiem matki, płacze i bawi się jak wszystkie dzieci! Jak zawsze, Bóg wprawia w zakłopotanie, jest nieprzewidywalny, nieustannie poza naszymi schematami. Zatem żłóbek ukazując nam Boga wkraczającego w świat, pobudza nas do myślenia o naszym życiu wpisanym w życie Boga; zachęca, abyśmy stali się Jego uczniami, jeśli chcemy osiągnąć ostateczny sens życia.

Nie po to Bóg dał mi Adwent, żebym wszystko ogarnął i wypucował na Święta. Dał mi go po to, żebym zaczął za Nim tęsknić; żebym zobaczył i przekonał się, że nawet najpiękniejsza willa bez Niego jest pusta; żebym zobaczył się w prawdzie (czasem bardzo trudnej), powiedział Mu o niej (spowiedź!) i zobaczył, że On się mną nie brzydzi. Urodzi się w tym rozlatującym się żłobie po raz dwutysięczny dziewiętnasty.

Bo tak bardzo umiłował świat.