Ja wiem w kogo ja wierzę


Ja vs koronawirus

Pandemia koronawirusa rozwija się bardzo dynamicznie. Nagłe i niespodziewane były również decyzje władz w różnych krajach ograniczające możliwość interakcji między ludzkich. Także moje osobiste podejście do wszystkich wydarzeń było bardzo zmienne.

Gdy we Włoszech, pierwszym europejskim kraju dotkniętym przez wirusa, wprowadzono zakaz napełniania kropielnic wodą święconą twierdziłem stanowczo, że to nadmierne środki zapobiegawcze. Jednak już dwa tygodnie później zaproponowałem, aby u nas w kościele zrezygnować z oddawania czci relikwiom Krzyża Świętego przez ucałowanie i zastąpić ten gest błogosławieństwem relikwiami. Kiedy włoski episkopat zamykał kościoły dla wiernych, podzielałem zdanie tych mediów, które mówiły o słabości włoskiego Kościoła, o poddaniu się politykom, o tym, że to najgorsze co w tej sytuacji można zrobić. Ponownie jednak, po dwóch tygodniach od tego wydarzenia, to ja powstrzymywałem moich dziadków przed pójściem do kościoła na Eucharystię w ostatnią niedzielę, gdy prawnie jeszcze było to możliwe.

Prawo vs koronawirus

Wsparcia szukałem w Kościele. Jednak mojemu wewnętrznemu rozdarciu nie pomagało to, co się w nim działo w pierwszych dniach epidemii w Polsce. Większość tematów w katolickich mediach i wypowiedziach hierarchów skupiła się na kłótniach wokół przyjmowania Komunii świętej „na rękę”, sposobu w jaki powinno uczestniczyć się w nabożeństwach transmitowanych przez media czy ograniczeniach dotyczących uczestników nabożeństw. Miałem wrażenie, że Kościół pokazał swoją instytucyjną twarz, koncentrując się na dostosowaniu prawa i przepisów do zaistniałej sytuacji, zapominając o sferze duchowej wiernych.

Po kilku dniach i wyjaśnieniu kwestii prawnych przyszła pora na wyjaśnienie teologiczne całej tej sytuacji. Do tej pory Kościół zawsze podkreślał jak istotne są sakramenty, szczególnie spowiedź i Eucharystia. Szybko zatem pojawiły się apele, aby ten czas odcięcia od możliwości pełnego uczestnictwa w sakramentach potraktować jak czas Ogrójca, czas przebywania na pustyni, jak prawdziwy Wielki Post. Jednocześnie została wiernym zaoferowana cała masa lepszej lub gorszej jakości materiałów religijnych, transmisji i łańcuszków modlitewnych. Miałem sporo podejrzeń czy nie jest to „na szybko” wymyślona interpretacja i reakcja, żeby jakoś uspokoić wiernych i jednocześnie nie narażać się władzy.

Gdy Papież Franciszek udzielił odpustu zupełnego wszystkim chorym i umierającym na koronawirusa, a w jednej ze stacji telewizyjnych usłyszałem, że „w sumie to bezpieczne i dobre posunięcie w tej sytuacji” coś we mnie pękło. Przecież kard. Tagle apelował, że mimo iż musimy teraz często myć ręce, nie możemy ich umywać, jak to zrobił Piłat! Czy nie to właśnie zrobił Kościół Katolicki (w tym ja jako jego członek) w obliczu światowego dramatu? Schowaliśmy się w domach i uczestniczymy w medialnych transmisjach, podczas gdy setki ludzi dziennie umierają bez pojednania się z Bogiem. Czy nie powinno być nadrzędnym celem umożliwienie im spowiedzi i Komunii świętej? Może księża powinni wykradać skafandrów, maseczek i ruszać do chorych, niosąc im Pana Jezusa? Czy nie to czynił św. Szymon z Lipnicy, którego orędownictwa tak gorąco wzywamy? Wreszcie czy nie jest to właśnie ten moment, kiedy wybrzmieć powinny słowa z Ewangelii św. Marka: „kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je”?

Kościół vs koronawirus

Popatrzyłem wtedy jeszcze raz na swoje pierwsze sprzeczne reakcje. Popatrzyłem na Kościół nie jako na instytucję, ale jako wspólnotę ludzi. Ludzi zagubionych podobnie jak ja. Z biegiem czasu zaczęły pojawiać się wypowiedzi duchownych (np. wywiad z bpem Adrianem Galbasem), którzy w przejmujących słowach mówią o tym jak ciężko jest im zniechęcać wiernych do uczestnictwa w Eucharystii. Przecież przez całe życie robili coś innego. Poruszające jest świadectwo jednego z moich znajomych księży, który mówił: „racją naszego istnienia są wierni – jak ich nie ma czujemy się osieroceni”.

Zagubienie, ludzka bezradność, a zarazem konieczność zawierzenia Bogu całego Kościoła pokazał całemu światu Papież Franciszek. Na pustym placu Świętego Piotra mówił:

Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?”. Drodzy bracia i siostry, z tego miejsca, które opowiada o skalistej wierze Piotra, chciałbym dziś wieczorem powierzyć was wszystkich Panu, za wstawiennictwem Matki Bożej, Uzdrowienia Jego ludu, Gwiazdy wzburzonego morza. Z tej kolumnady, która obejmuje Rzym i świat, niech zstąpi na was, jak pocieszający uścisk, błogosławieństwo Boże. Panie, pobłogosław świat, daj zdrowie ciałom i pocieszenie sercom. Wzywasz nas, byśmy się nie lękali. Ale nasza wiara jest słaba i boimy się.

 

Nasza wiara wydawała się być mocna jak skała, potężna jak kolumnada na Placu św. Piotra. Okazało się, że w chwili próby po ludzku się boimy i gubimy, że nasza wiara jest krucha.

Wiara vs koronawirus

We wspomnianym już wcześniej wywiadzie bp Galbas porusza bardzo istotną kwestię. Zauważa jak powierzchowna jest nasza wiara. Zostaliśmy zasypani materiałami online, transmisjami nabożeństw, łańcuszkami modlitewnymi i podobnymi inicjatywami. Mam wrażenie, że jest to sposób na wypełnienie pustki, którą wytworzył brak możliwości uczestnictwa w wydarzeniach religijnych osobiście. Tylko czego tak naprawdę nam brakuje i czym to wypełniamy? Czy aby na pewno jest to brak Boga, a te wszystkie działalności medialne są pomocą w spotkaniu z Nim?

Cytując jeszcze raz Papieża z przytaczanego już rozważania: Nie jest to czas Twojego sądu, ale naszego osądzenia: czas wyboru tego, co się liczy, a co przemija, oddzielenia tego, co konieczne od tego, co nim nie jest. Dostaliśmy szansę zastanowienia się nad tym, co jest centrum naszej wiary. Została ona odarta z religijności, z przyzwyczajeń a nawet z sakramentów. Na bok odsunęliśmy kwestie celibatu, ekologii, małżeństw homoseksualnych, poprawności liturgii, którymi od tak dawna żyliśmy.

W co tak naprawdę wierzymy i dlaczego? Co daje nam wiara? Czym jest wiara w naszym życiu? Nie pozwólmy zagłuszyć w sobie tych pytań.

Pan Jezus vs …

Podsumowaniem i drogowskazem niech będzie rozważanie, zmarłego przed kilkoma dniami, ks. Piotra Pawlukiewicza do XIII Stacji Drogi Krzyżowej – Jezus zdjęty z krzyża:

Można być przy Jezusie, bo się potrzebuje zdrowia, szczęścia, błogosławieństwa. Można być przy Jezusie, by to inni widzieli i podziwiali. Można być przy Jezusie, bo się pragnie odpowiedzi na pytania, bo się pragnie porządku duchowego. Można być przy Jezusie, by mieć porządek w rodzinie. Można być przy Jezusie, by móc samemu o sobie powiedzieć „no jestem całkiem porządnym człowiekiem”. Można być przy Jezusie, bo on zabezpiecza szczęście wieczne. Ale w tych wszystkich przypadkach jest się jakoś bardziej przy sobie niż przy Panu Jezusie. Być przy Jezusie tak jak była przy nim Maryja, gdy jego ciało zdjęto z krzyża. Jezus nie naucza, nie karmi, nie uzdrawia, nie wyjaśnia, nie daje poczucia bezpieczeństwa. Jezus jest zimny i nic nie daje. […] Jezus zdjęty z krzyża nie ma nic do zaoferowania. Jest tylko znakiem przegranej. Nie ma żadnej przyszłości przed Nim. Jeśli ktoś tak jest przy Jezusie, to w zasadzie opuścił ziemię i jest już w niebie.