Na środku kalwaryjskiej bazyliki leży krzyż. Obok niego dwie świece, a na pionowej belce mała karteczka z zachętą, by oddać cześć. Kiedy wchodziłam do środka, prawie go nie zauważyłam, przyzwyczajona już do wszystkiego, co moje oczy powinny zobaczyć w bazylice. A jednak, kiedy w końcu krzyż zobaczyłam, pierwsze, co przyszło mi do głowy, to myśl, jak bardzo Chrystus jest samotny.

Co z tą samotnością?

Wielu ludzi podchodziło, klękało, chwilę zastygało w modlitwie. Ciągle ktoś się pojawiał. A jednak moje myśli szły właśnie w stronę samotności Jezusa. Wtedy na Golgocie również, pomimo obecności Matki, Jana i kilku innych, na krzyżu umierał sam. Patrząc na wcześniejszą historię Jego Męki, od momentu Ogrodu Oliwnego, Jezus jest sam. Mimo, że ciągle ktoś Mu towarzyszy, On nadal jest sam.

Benedykt XVI na jednej ze swoich audiencji rozważał właśnie moment, kiedy Jezus idzie się modlić. Tym razem jednak – mówił – dzieje się coś nowego: wydaje się, że nie chce zostać sam. Jezus zabiera ze sobą trzech swoich uczniów i prosi, by byli blisko Niego. Po czym oddala się od nich i zaczyna się modlić do Ojca. Jezus będzie się modlił do Ojca „sam”, ponieważ Jego więź z Nim jest absolutnie jedyna w swoim rodzaju i wyjątkowa: jest więzią Syna Jednorodzonego – mówił Benedykt XVI.

Skoro więc Jezus był w takiej zażyłości z Ojcem, dlaczego zabrał ze sobą Piotra, Jakuba i Jana? Papież tłumaczy to ludzkim lękiem przed śmiercią, kiedy Jezus pragnie solidarności ze strony swoich uczniów. Równocześnie jest to wezwanie do każdego ucznia, by szedł za Nim w drodze na krzyż. Lęk Jezusa przed tym, co ma nastąpić, jest tak pięknie ludzki, że każdy człowiek może się do tego momentu odnieść, choć brzmi to dosyć groteskowo.

Co ujmuje jeszcze w tej scenie, to ucieczka uczniów. Kiedy pojawia się niebezpieczeństwo, ci zostawiają Jezusa kompletnie samotnego i bezbronnego. Każdy w takiej sytuacji prawdopodobnie by spanikował, zaczął również uciekać, czy wyklinać uczniów. Jednak Jezus stoi spokojny, opanowany. Chwilę wcześniej wypowiedział ostateczne tak swojemu Ojcu i jest w pełni gotowy wypełnić Jego wolę do samego końca.

Benedykt XVI mówi tu o szczycie wolności, kiedy zapominamy o sobie, o swoich lękach, przekonaniach i wybieramy to, co zaplanował dla nas Bóg – tak jak na samym początku stworzenia czynili pierwsi ludzie, zanim powiedzieli Bogu nie i wpuścili grzech. Od momentu pojmania aż po śmierć Jezus wypowiada jedynie kilka zdań. W końcu dociera na Golgotę, gdzie dokonuje się zbawienie człowieka. I w agonii na krzyżu wypowiada słowa: Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?

Kiedy ludzki lęk zostaje przedstawiony Bogu

Pamiętam opowieści z dzieciństwa, kiedy tłumaczono mi ostatnie chwile Jezusa. Jak to dziecku, trzeba było coś ominąć, coś wypolerować, na pewne pytania odpowiedzieć „jak już będziesz większa”. Jedna historia bardzo mi utkwiła w pamięci. Dotyczyła właśnie tych słów. Tłumaczono mi, że Pan Bóg tak bardzo kochał Jezusa, że nie mógł patrzeć na Jego śmierć. Dlatego zasłonił niebo chmurami, tak jak zasłania się dziecku telewizor, kiedy jest zbyt brutalna scena, a sam odwrócił wzrok i zaczął płakać. Stąd ukrzyżowany Jezus, kiedy zobaczył zachmurzone niebo i wielki deszcz, pomyślał, że na koniec opuścił Go nawet własny Ojciec. Dlatego wypowiedział te słowa.

Ta dosyć niewinnie opowiedziana historia ma w sobie pewne ziarno prawdy. Papież Benedykt XVI tłumaczy, że w tym momencie Jezus wziął na siebie wszystkie lęki ludzkości, wszystkie prośby, wszelkie poczucie samotności, opuszczenia i zdrady, i przedstawił je Ojcu. Opuszczony Jezus jest towarzyszem tych wszystkich, którzy czują się opuszczeni, którzy czują, że nie interesuje się nimi nawet Bóg. Jezus jest dla nich przystanią, która daje im światło nadziei, że Bóg jest z nimi zawsze, gdyż, nawet w momencie swojej śmierci, myśli właśnie o nich.

Samotni z Chrystusem

Dlaczego tak ważne jest zauważenie tej samotności?
Dla mnie teraz są dwie odpowiedzi.

Pierwsza to słowa Jezusa: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. (Mt 16, 21-27). Słowa tłumaczone na każdy możliwy sposób, często cytowane bez głębszego wytłumaczenia. Jednak ich zrozumienie widzę właśnie w momencie męki Chrystusa. To nie jest puste zawołanie, by przyjmować życie takim, jakie jest. Jezus mówi nam, że trzeba się siebie wyprzeć, tak jak On wyparł się siebie w Ogrodzie Oliwnym i wypowiedział tak Ojcu. Trzeba zabrać, tak jak On, swój krzyż i iść za Nim, wiedząc, że przyjdzie moment Ogrójca, więzienia i w końcu Golgoty. To wszystko obarczone poczuciem samotności.

Iść za Nim to nie upiększony, amerykański film. To codzienna nauka zawierzenia się Bogu, codzienne pójście do przodu z krzyżem, choćby wszyscy wokół uciekli. To nie jest prosta rzecz. Jednak Jezus po to przeszedł swoją drogę krzyżową, byśmy i my mogli ją przejść. Samotni z Chrystusem.

Druga odpowiedź jest może bardziej przyziemna. Patrząc na krzyż i rozmyślając nad nim, nad samotnością Jezusa, zaczęłam myśleć o tych, którzy umierają samotnie. Nasza rzeczywistość nie pozwoliła tak wielu ludziom towarzyszyć swoim bliskim w momencie śmierci. Tak wielu nie mogło pożegnać się z rodziną, z przyjaciółmi. Wiele osób już przed pandemią odchodziło z tego świata w osamotnieniu, zapomnieniu. I nadal tak się dzieje. I pomyślałam, że samotność Jezusa jest właśnie dla nich. Jego śmierć, samotna na krzyżu, jest właśnie dla nich.

Kiedy Jezus umierał, Jerozolima przygotowywała się na Paschę, miasto tętniło życiem, w każdym domu szykowano się na upamiętnienie wyjścia Izraelitów z Egiptu. A On umarł i gdyby nie trzęsienie ziemi, pewnie nikt by nie zwrócił na Niego uwagi. I czy nasza obecna sytuacja nie jest podobna? Gdyby nie pandemia, gdyby nie tragedia tak wielu państw, rodzin, czy może nasza osobista – czy zauważylibyśmy osamotnionych umierających, cierpiących, opuszczonych?

Samotność otwiera oczy

Nie znam odpowiedzi. Moja wiara w to, że ludzie są przede wszystkim dobrzy, pozwala mi ufać w to, że ten czas coś zmieni, również we mnie. Nawet jeśli to będzie „jedynie” zwiększenie naszej empatii, czy będzie to codzienna modlitwa każdego z nas za tych, którzy sami odchodzą do Domu Ojca. A może dojdzie i do tego, że nie będziemy zmieniać kanału, kiedy „znowu” będą mówić o bezdomnych, o starszych osobach w DPS-ach, czy o kolejnych tragediach. Może zamiast tego narzekania znajdziemy pobliski Dom Opieki, Dom Spokojnej Starości, zadzwonimy z pytaniem: jak można pomóc? Być może lepiej było by wymyślić nowy, bezpieczny sposób na towarzyszenie osobom w szpitalach w ich ostatnich momentach? Z pewnością dobrym pomysłem było by wesprzeć finansowo hospicjum? A może w końcu zaglądniemy do sąsiada obok?

Jezus pokazał, że samotność nie oznacza osamotnienia. Czasem jest ona konieczna, by móc zobaczyć wolę Ojca i ją wypełnić. Ale naszym zadaniem jest również tak żyć i postępować, aby nikt wokół nas nie czuł, że został przez nas opuszczony. Patrzmy zawsze na Jezusa, który, zwłaszcza w swoich ostatnich momentach, jest z tymi, którzy, tak jak On, umierają sami. On jest z nimi. Teraz to my nie możemy uciekać z ich Ogrójca.

foto: P. Tumidajski