(Nie) wszystko płynie


Obyś żył w ciekawych czasach!

Tak, to było roku temu. Choć detale giną gdzieś w wartkim strumieniu upływającego czasu, to kontury samego wydarzenia tkwią mi w głowie. Była sobota przed południem. Jesień raczej późna niż wczesna (połowa listopada?), powietrze chłodne, atmosfera szarawa i niedookreślona. Uporałem się z jakimiś obowiązkami i – niosąc w sobie lekkie zmęczenie – wyszedłem poza teren klasztoru, prawdopodobnie zakładając moją czarną kurtkę. Ruszyłem w stronę Brodów i Lanckorony, nie myśląc za bardzo o celu podróży. Potrzebowałem po prostu scenerii dla spaceru, w rytm którego mógłbym modlić się na różańcu. Nie byłem zanadto skupiony. Moje powszednie i roztrzepane wnętrze dobrze korelowało z tę sobotnią szarugą.

Po pewnym czasie usiadłem na kamiennej ambonce jednej z kalwaryjskich kaplic dróżkowych (gdzie chodziłem wcześniej?) i odmawiałem brewiarz (kiedy przerwałem różaniec?). Zbliżałem się powoli do końca, kiedy zaczepił mnie jakiś sześćdziesięcioletni turysta (pielgrzym?). Nie pamiętam, jak wyglądał, skąd pochodził, jak miał na imię ani o co mnie pytał. Z zamglonego obrazu tego spotkania mogę wyłowić tylko pojedyncze zdania, które zapamiętałem dzięki uczuciom, które się we mnie kotłowały. Pamiętam moją konsternację, gdy opowiadał mi o jakimś spisku (ale kompletnie nie pamiętam, jakim!); pamiętam jego autentyczny lęk o to, co będzie ze światem, z Polską, z jego rodziną, ze mną… Pamiętam zastanawiającą mnie błyskotliwość jego umysłu i dobrze dobrany język, którym trafnie uzewnętrzniał myśli. Zdaje się, że szukałem w sobie słowa (Słowa?), którym mógłbym wyrwać jego i siebie z tej oplatającej nas matni niepokoju. Zaglądałem gorączkowo do różnych szuflad swojej pamięci, ale nie mogłem nic znaleźć. Coś w końcu wydusiłem, ale chyba nie było to nic błyskotliwego, bo kompletnie nie jestem w stanie tego sobie przypomnieć. Po jakimś czasie nasze drogi się rozchodziły, więc obiecując modlitwę, poszedłem w stronę klasztoru. Wszystko nie trwało dłużej niż dziesięć minut.

W głowie utkwiła mi tylko jedna myśl, którą się ze mną podzielił. Myśl, która co jakiś czas do mnie wraca. Brzmiała ona mniej więcej tak: „Chińczycy mają takie przysłowie, które jest przekleństwem: Obyś żył w ciekawych czasach! Bracie, idą ciekawe czasy. Nie mamy pojęcia, co nas czeka. Ufam, że nie spełnią się na nas te słowa: Obyś żył w ciekawych czasach!”.

W głosie nieznajomego nie słyszałem jednak nadziei.

Czas przyspiesza

Obyś żył w ciekawych czasach! Przypomniałem sobie o tym przewrotnym zdaniu całkiem niedawno. Moja naturalna postawa rezerwy wobec poglądów, dla których przyszłość jest synonimem katastrofy zaczęła ulegać presji wydarzeń. Pływałem w morzu Internetu, raz po raz wdrapując się na jakiś interesujący link i oglądając perspektywę, jaka roztaczała się z jego treści. Każda była inna. Każda była ograniczona i niepełna. Z każdej biła jakaś niewypowiedziana bezradność, która powstawała na skutek uderzających pytań – odpowiadały tylko kolejnymi pytaniami. Z żadnego tekstu nie można było zobaczyć, co nas czeka. Wszystko kończyło się bezradnym rozkładaniem rąk, jakimś „zobaczymy” wypowiedzianym ze skrywanym zmieszaniem, jakimś nerwowym mięciem serwety mającym ukryć wstydliwą niewiedzę… Socjologowie i psycholodzy, politycy i teolodzy, analitycy i syntetycy, humaniści i ścisłowcy… Wszyscy czują się skonsternowani jak nocny wędrowiec z zepsutym kompasem. Sytuacja jest zbyt skomplikowana i bezprecedensowa, żeby dała się ujarzmić wypracowanym przez nas metodom, zwłaszcza tym ograniczającym się do jednej dziedziny życia. Czas zaczął płynąc szybciej i wymuszać zmiany, których nie nadążamy zasymilować.

Nie chodzi tylko o wirusa. Chodzi też o suszę, która coraz częściej będzie staje się towarzyszem ciepłych miesięcy roku; o gwałtowne wstrząsy polityczne, które mogą wprowadzić na arenę międzynarodową zupełnie nowe porządki; o antropologię (a właściwie jej brak), gdzie zaczynają panować tak idiotyczne paradygmaty jak te, że płeć to kwestia wyboru, a człowiek ma swoją godność od i do arbitralnie ustalonych momentów; chodzi o ziemię, która jest krucha i delikatna, a ciągle gwałcona chciwym i bezmyślnym grabieniem jej zasobów, które przecież nie są niewyczerpane.

Co nas czeka? Nie umiem powiedzieć. Nie chcę silić się na snucie kolejnych prognoz – bo to na nic. Interesuje mnie coś zupełnie innego.

Jeremiada

Czytałem niedawno proroka Jeremiasza. Nie sposób mu nie współczuć. Od początku swojego powołania był skazany na porażkę. Raz, że był młodzieńcem, więc nie mógł być traktowany poważnie („Młody jest, nie zna się na życiu!”). Dwa, że był typem bardzo emocjonalnym i wrażliwym – a to oznaczało, że każdy bodziec działał na niego ze zwielokrotnioną siłą. Trzy (i to było chyba najtrudniejsze) celem jego misji było mówienie w kółko: „Jak dalej będziecie tak żyć, skończycie w niewoli!”. Oczywiście nikt nie chciał słuchać Jeremiasza. On sam kilkakrotnie się załamywał i wyrzucał Bogu, że go zwiódł, że już dalej tak nie może, że jest sam, że znosić to wszystko to dla niego zbyt dużo… Ale zawsze dawał się Mu przekonać, bo czuł, że Słowo Boga jest w nim jak ogień, którego nie może powstrzymać.

Jest taki fragment w tej księdze, który w tych dniach przykuł moją uwagę. To słowa, które najwrażliwszy z proroków Izraela powiedział do mieszkańców Jerozolimy, wiwatujących na cześć koalicji antybabilońskiej. Posiłki nadciągające z Egiptu zdawały się przywracać im bezpieczeństwo, być zapewnieniem zwycięstwa nad Babilończykami oblegającymi Miasto Dawidowe. Jeremiasz jednak powiedział (Jr 37,9):

To mówi Pan: „Nie zwódźcie samych siebie, powtarzając: „Z pewnością odejdą Chaldejczycy!” Albowiem nie odejdą.

 

Bezlitosne. Jeremiasz próbował otrząsnąć ludzi, którym się wydawało, że najgorsze już za nimi. Rozwiewał ich złudzenia, że zbliża się koniec najazdów imperium znad Tygrysu i Eufratu. Mówił i krzyczał: „Przestańcie żyć iluzją! Nic nie będzie jak dawniej! Nie ma już odwrotu do dawnego sposobu życia. Przestańcie ufać mirażom, jakie tworzą wasze chore oczy! Zobaczcie, że dopóki nie zaczniecie żyć w inny sposób, to dalej zmierzacie do katastrofy”.

Piszę o tym, bo to brzmi bardzo świeżo. Patrzę na świat i myślę, że bardzo potrzebujemy Jeremiaszów. Ludzi, którzy nie prognozują przyszłości, ale próbują wpłynąć na teraźniejszość. Ludzi, którzy zaczynają wołać o to, żebyśmy nie czekali na komunikat pod tytułem „koniec epidemii” po to, żeby wrócić do starego życia (bezrefleksyjnego, konsumpcyjnego i ulotnego). Ludzi, którzy widzą głębiej, którzy wołają o przemianę struktur i odwrócenie od tego, co było puste.

Głos proroka mierzi nasze uszy tak samo, jak jego pobratymców. Ta „jeremiada” nie jest jednak wydumana; to głos prawdziwy i trzeźwo oceniający rzeczywistość. Bo nie mamy już czasu do stracenia.

Stat crux dum orbis volvitur

Łatwo jest powiedzieć. Trudniej drukowany tekst przerobić na chleb. Bo co konkretnie ma oznaczać przekonstruowanie swojego życia? Jak ma wyglądać odwrócenie od starego sposobu funkcjonowania, a nawrócenie do nowego?

Nie ma na to gotowych odpowiedzi. Jestem jednak bardzo głęboko przekonany o tym, że nic się nie zmieni, jeśli nie wrócimy do Boga.

Dotarło to do mnie z całą intensywnością, kiedy rozchwiany czytanymi analizami zapowiadającymi ciekawe czasy przyszedłem do kaplicy na modlitwę z braćmi. Mój zapytajnikowany (i ciut przegrzany) umysł zwrócił się ku tekstowi nieszporów, a do uszu dotarła melodia hymnu. Takie to było inne niż internetowe newsy…! Takie pewne siebie, radosne na przekór wszystkiemu, stałe i dumnie przedzierające się naprzód przez dwa tysiące lat zaplątanej i ciężkiej historii. Takie to było inne niż komentarze błyskotliwych dziennikarzy. Takie boskie.

Wiara jest mocno utwierdzonym fundamentem, który pokazuje, że jest coś stałego w środku wirującego się świata. Niestałe są rządy, style architektoniczne, przedmioty użytku codziennego i świątecznego. Niestałe są myśli, sposoby wyrażania i ideologie. Stała i niezachwiana jest za to Boża miłość do nas, stałe jest Jego pełne miłosierdzia nastawienie do nas, Jego otwarcie (widoczne w przebitym Sercu) i obecność w środku naszej historii.

Wiara nie wyrzuca nas z rzeczywistości, ale podnosi ją na inny poziom. Jest dowodem na to, że nie wszystko jest zmienne, nie wszystko jest poddane dyktatowi przemian na świecie, nie wszystko płynie! Stat crux dum orbis volvitur (z łac. „krzyż stoi, choć zmienia się świat”) – ta kartuska myśl idealnie wyraża to, co odczytuję.

„Wiara jest przyznaniem prymatu temu, co niewidzialne, jako właściwej rzeczywistości, na której się opieramy, dlatego upoważnia nas do zajęcia spokojnej postawy wobec tego, co widzialne, z całą odpowiedzialnością wobec tego, co niewidzialne, jako prawdziwej podstawy wszystkiego” – pisał Joseph Ratzinger w swoim genialnym Wprowadzeniu w chrześcijaństwo.

Wiem, że choć zmienia się wszystko wokół, to nie Bóg. Opieram się więc na Nim, bo tylko On może dać mi pokój w środku kręcącej się jak karuzela historii. Tak zabezpieczony mogę rzucić wyzwanie temu, co mnie czeka.

Każdemu polecam.