Co tak naprawdę nam grozi?


Powszechna epidemia lęku

Słowem roku ma szansę zostać „koronawirus”. Niedawno jeszcze był to tylko fachowy termin, znany wąskiemu gronu naukowców, zaś kompletnie obcy i obojętny zwykłym laikom. Dziś to słowo odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Mówią o nim staruszkowie i dzieci w szkole; ostrzegają przed nim Minister Zdrowia i biskupi; analizują go eksperci i ludzie węszący ogólnoświatowy spisek.

Niezależnie od miejsca, otoczenia i pory dnia, wszyscy jak mantrę mówią o mrocznym widmie choroby z Wuhan. Wszyscy się nim zajmują, dowodząc tego nawet uparcie zaprzeczając jego istnieniu bądź totalnie go bagatelizując. Złowrogie wizje czającej się w ukryciu epidemii w wielu osobach rozdmuchały paniczny lęk. W życiu niektórych urósł on już do takich rozmiarów, że doprowadził do zachowań daleko przekraczających miarę zdrowego rozsądku. Chorobliwe szukanie cudownej szczepionki antykoronawirusowej (czy chociaż jakichś maseczek zabezpieczających) jest momentami tak gorliwe, że przypomina mi tych, którzy przez stulecia pragnęli odnaleźć Świętego Graala.

Lęk, strach i panika wiszą w powietrzu. Można odnieść wrażenie, że ogłoszenie pierwszego w Polsce przypadku zarażenia koronawirusem będzie zupełnie zbędną czynnością; społeczeństwo jest już od wielu tygodniu zainfekowane samą myślą o nim.

Zła diagnoza

Obserwuję to całe zamieszanie z pewnym skonsternowaniem. Im więcej przypatruję się nagłówkom artykułów, im częściej widzę hipochondryków odsuwających się w autobusie od przeziębionej osoby i im bardziej wyczuwam ten bliżej nieokreślony lęk przed nadciągającą apokalipsą, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że świat utkany jest z paradoksów.

Śmiertelnie martwimy się tym, co może się wydarzyć, a zapomnieliśmy o tym, co już się stało. Kreślimy wizje powszechnej epidemii, a nie przejmujemy się wirusem, którym jesteśmy zainfekowani od pokoleń.

A przecież jego objawy widoczne są gołym okiem. Przygaszone twarze, nieznośna pustka w sercu, neurotyczne wołanie o bycie kochanym, prowokujące ubrania i gesty… Skutki zarażenia tym wirusem widzę w zatrutym powietrzu i zmianach klimatycznych, w pogłębiających się podziałach społecznych i politycznych, w domach ziejących chłodem i obojętnością, w kościołach bez wiary i modlitwy… Mam świadomość tego, że ten wirus uderza też we mnie samego, próbując sprytnie i bezszelestnie zawładnąć każdą przestrzenią mojego życia.

W Środę Popielcową Kościół przypomniał mi diagnozę, którą już od dawna powtarza całemu światu: jesteśmy chorzy. Nosimy w sobie wirusa grzechu.

Recepta

Gdybym w tym miejscu zatrzymał swoją refleksję, według wszelkiego prawdopodobieństwa stałbym się osobliwą (bo religijną) odmianą koronawirusowych zwiastunów zagłady. Grzech, wszędzie widziałbym grzech (a w konsekwencji śmierć). Zaklęty krąg degrengolady, uniwersalnego upadku i niemocy wobec misterium zła w świecie powoli zaciskałby się na mojej szyi i doprowadził do rozpaczy.

Na szczęście Bóg dał mi receptę: Słowo.

W niedzielny poranek podczas Eucharystii czytałem fragment Listu do Rzymian (Rz 5, 12-18). Powoli i dobitnie czytałem zawiłe zdania Apostoła Narodów. Cóż, on z pewnością nie przebierał w słowach, jeśli chodzi o ukazanie kondycji ludzkiej natury zdanej na własne siły. Skupiony więc na przedzieraniu się przez gąszcz ponurej myśli Pawłowej dotarłem do słów: Ale nie tak samo ma się rzecz z przestępstwem jak z darem łaski i poczułem, jakby przedarł się do mnie promyk słońca. Nagle dotknęła mnie perspektywa, która wyrwała z jakiegoś odrętwienia i skutecznie przegnała resztki snu. To „ale nie tak samo” zmieniło wszystko. Noc się skończyła.

Czytałem więc dalej, coraz bardziej upewniając siebie w przekonaniu, że się to nie złudzenie: Jeżeli bowiem przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich śmierć, to o ileż obficiej spłynęła na nich wszystkich łaska i dar Boży, łaskawie udzielony przez jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa.

„O ileż bardziej”…! Niesłychane! Zaczęło docierać do mnie, że Bóg wobec naszego grzechu kieruje się całkowicie odwrotną logiką niż rząd chiński wobec koronawirusa. Nie izoluje zarażonych, nie zamyka granic, nie boi się o własną nieskazitelność – przeciwnie, staje się człowiekiem, wchodzi w epicentrum naszej choroby, w nasze duchowe Wuhan. Przekracza granice bezpiecznej odległości, nie chroni siebie, nie boi się zakażenia. Nie ma na sobie kombinezonu ochronnego, ale swoją miłość. I im gorszy jest nasz stan, tym bardziej uparty jest w tym, żeby nam pomóc. Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska (Rz 5,20).

Antidotum na rozpacz

Po to jest Wielki Post, żeby to sobie przypomnieć. Gorzkie Żale, spowiedź, mniej cukru i alkoholu w organizmie, pieniądze przekazane komuś potrzebującemu, i wszystkie inne umartwienia mają tylko jeden cel: przypomnieć nam o tym, że jest dla nas nadzieja. Jest Ktoś, kto mimo ludzkiej podłości nie zamknął się w sobie, ale rozpostarł ramiona na krzyżu, by nas objąć. Jest Ktoś, kto nie boi się wejść w świat moich ciemności, bo jest samym Światłem.

On, o którym za niecałe czterdzieści dni kapłan powie mi przy ognisku, rozświetlającym kwietniową noc: Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen.