Zawirusowane Alleluja


ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO…

Świętując zmartwychwstanie Chrystusa, jednocześnie mając wokół siebie tyle ograniczeń, restrykcji, nakazów, zakazów, a przede wszystkim mając świadomość zagrożenia życia ludzkiego spowodowanego pandemią, czuję się nie tyle, jakby to był wyjątkowy czas, co raczej dziwny. Przecież Chrystus i tak pokona śmierć, niezależnie czy z wirusem na ziemi czy bez. Bóg ani na sekundę (i tak jest poza czasem) nie stracił kontroli nad całym wszechświatem. I oczywiście nie chodzi mi o lekceważenie aktualnej sytuacji na świecie – nie traktuję mojej wiary, jako czegoś magicznego. Rzecz w tym, że ten sam wirus, który w kontekście zmartwychwstania Jezusa nie ma znaczenia, zajmuje w przestrzeni życia więcej miejsca niż sam Bóg. Dlaczego? Kiedy nad tym myślałem bardzo szybko doszedłem do punktu, w którym zadałem sobie pytanie o stan mojej wiary.

JAK BYŁO?

Cofnijmy się kilka tygodni wstecz. Odgórne decyzje ograniczają wielu wiernym (prawie wszystkim) normalne uczestniczenie w Mszy św. Coś, co jest źródłem i szczytem wiary chrześcijańskiej zostaje odebrane – na pewien czas, ale jednak. Pokarm, bez którego niejeden człowiek nie wyobraża sobie życia staje się prawie nieosiągalny, a samo obchodzenie świąt Wielkiej Nocy stoi pod coraz większym znakiem zapytania.

Więc, co teraz? Myślę, że nie ma sensu dyskutować nad tym jak powinien się zachować wierny w takiej sytuacji, ponieważ najlepsze, co mógł zrobić to być posłusznym Kościołowi i jego zaleceniom… to jasne! Każde zachowanie podważające autorytet Kościoła, albo stające z nim w sprzeczności jest złe i skończy się źle. Jednak czy samo to, że zastosowałem się do nakazów Kościoła powoduje, że powinienem czuć się dobrze, albo raczej czy pokazuje, że jest dobrze?

Warto po czasie wrócić do tamtej sytuacji i zadać sobie pytanie: jaka była moja reakcja na wieść o przymusowym „poście od Eucharystii”? Można przecież machnąć ręką i stwierdzić: „Ok, szkoda”, po czym przejść obok tego ot tak, jakby nic wielkiego się nie stało. Można też przyjąć taką wiadomość z wielkim bólem i sprzeciwem wobec tego wszystkiego, wewnętrznym buntem, rozdarciem, ale jednocześnie z wielkim zaufaniem i oddaniem Kościołowi. Której z tych reakcji odnalazłbym u siebie więcej? Chciałbym wiedzieć. Obydwie postawy wykazały się posłuszeństwem, ale czy o obydwu mógłbym powiedzieć, że z moją wiarą wszystko było okej?

JAK BĘDZIE?

Z każdym dniem zbliżamy się do „normalności”, która panowała przed wybuchem pandemii. Prędzej czy później restrykcje wszystkich obowiązujące zostaną zniesione, a na pewno chociaż trochę poluzowane. Kwestia dostępności sakramentów będzie wracać do normy. I będzie, a w zasadzie już jest wyraźnie widoczna zmiana. Oczywiste jest, że skutki tego wszystkiego będziemy odczuwać jeszcze przez długi czas, przede wszystkim ekonomiczne. Bo przecież opanowanie wirusa i przywrócenie gospodarki do życia nie sprawi, że od razu wszystko będzie funkcjonowało jak powinno.

To jaką postawę przyjmę wobec Pana Boga w tym trudnym czasie będzie kluczowe dla mojej wiary. W Liście do Filipian (4, 12-13) możemy przeczytać słowa: Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. To w jaki sposób przeżyję ten czas pozwoli mi odpowiedzieć na pytanie: czy tak jak św. Paweł jestem gotowy na wszystko, co mnie spotka?

JAK JEST?

W kontekście dwóch poprzednich refleksji trzecia jest dla mnie chyba najtrudniejsza. Najtrudniejsza z tego względu, że pokazuje stan mojej wiary tu i teraz. Najlepiej to obrazują słowa św. Jana Pawła II: Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne. Tylko dziś jest twoje. Na to, co było wpływu nie mam, a patrząc zawsze tylko do przodu będę zaczynał codziennie „od jutra”. Wymaga to ode mnie stanięcia w prawdzie, a to nigdy nie jest łatwe, szczególnie jeśli okazuje się, że moja wiara wcale nie jest taka mocna.

W tym wszystkim otuchy dodaje mi Kościół. Kilka dni temu obchodziliśmy Niedzielę Miłosierdzia Bożego. Stanięcie w prawdzie to pierwszy i chyba najważniejszy krok do przyjęcia Jego Miłosierdzia. Całość chciałbym podsumować tekstem z Księgi Mądrości (2, 18), który daje pewne wskazówki, jak się w tym wszystkim odnaleźć: Wpadnijmy w ręce Pana, a nie w ręce ludzi, gdyż jaka jest Jego wielkość, takie też Jego miłosierdzie.