Wspomnienie wiernego Sługi


Pożegnaliśmy dzisiaj pana Ludwika Kucałę z wielką wdzięcznością za wszystko, co Bóg dla nas wszystkich przez niego uczynił. Mówiąc dla nas mam na myśli dzieci, wnuki i rodzinę zmarłego, ale też naszą rodzinę zakonną – nas bernardynów – bo my również przez niego otrzymaliśmy wiele dobra.

Strata dla zysku

To pożegnanie przypada w trzecim tygodniu po Wielkanocy, w czasie kiedy w sercach mamy ożywioną wiarę w zmartwychwstanie, kiedy z radością głosimy tryumf Chrystusa nad grzechem i śmiercią, i oczami wiary patrzymy na Jego pusty grób.

Radość zmartwychwstania miesza się ze smutkiem odejścia z tego świata pana Ludwika. I pomaga w przeżywaniu rozstania… Bo każde rozstanie zawsze łączy się ze stratą i tęsknotą. Żegnamy się wierząc w zmartwychwstanie. W zmartwychwstanie Chrystusa i tych, którzy w Chrystusie umierają. Śmierć nie tylko wyzwala nas od ziemskich cierpień, ale przede wszystkim wyzwala do nowego życia! Śmierć jest drugim narodzeniem, czyli przejściem do pełni życia w Bogu, do nowego świata, w którym nie ma cierpienia, bólu, żalu i trudu.

Człowiek pracy

Pan Ludwik miał długie życie, przeżył bowiem 89 lat. Urodził się jako drugi z rodzeństwa 23 marca 1931 roku we wsi Więciórka k. Myślenic. Tam uczęszczał do szkoły powszechnej i tam też przeżył okres wojny. Jako młody chłopak pracował kopiąc okopy. Wchodząc w dorosłe życie podejmował różne dorywcze prace. W 1953 roku pracował u Pijarów w Krakowie na ul. Pijarskiej. Potem pracował w ich placówkach w Szczecinie-Dąbiu i w Jeleniej Górze.

W roku 1955 w lutym przeprowadził się tutaj do Kalwarii Zebrzydowskiej. Z poręczenia poprzedniego kościelnego p. Pęcka, który pochodził z sąsiadującej z Więciórką wsi  o nazwie Więcierza, otrzymał pracę kościelnego – zakrystiana w sanktuarium kalwaryjskim. W Kalwarii poznał swoją przyszłą żonę Annę, która również pracowała w klasztorze. Wzięli ślub w 1959 roku i mieli trójkę dzieci. Pan Ludwik był zakrystianem do końca kwietnia 1981 roku, czyli łącznie 26 lat. Posługę tę pełnił z niezwykłą starannością, dbałością, z szacunkiem i czcią dla ołtarza i świątyni.

Od 2002 r. pracował w naszym Wyższym Seminarium OO. Bernardynów w Kalwarii. Był furtianem przez 17 lat. Zawsze chętnie przychodził, aby nam pomagać – tak było dopóki miał siły, praktycznie do września 2019 roku. W Kalwarii p. Ludwik spędził 65 lat swego życia, z czego w sumie przez 43 lata był blisko związany z klasztorem i seminarium.

Wspomnienia o kard. Wojtyle

Czasem pan Ludwik dawał się namówić na wspomnienia z tego czasu, w którym wiele się w Kalwarii wydarzyło. Najważniejsze wspomnienia związane były z osobą kard. Karola Wojtyły. Wspominał, że wiele razy służył do Mszy, którą Kardynał sprawował w kaplicy Matki Bożej po zakończonych dróżkach. Pewnego razu był zmuszony przerwać kard. Wojtyle modlitwę. Poprosił, aby ten przeszedł z kaplicy Matki Bożej do prezbiterium i tam dalej się modlił, bo musiał zamknąć kratę. Kardynał przyznał rację i bez problemu przeszedł do prezbiterium.

Pracując w klasztorze pomagał p. Ludwik zarówno w przygotowaniach, jak i podczas wizyty papieża Jana Pawła II w Kalwarii w 1979 roku. I oczywiście uczestniczył w ostatniej Mszy św., jaką papież Jan Paweł II odprawił na ziemi polskiej właśnie w Kalwarii w sierpniu 2002 roku.

Z wszystkich spotkań z największym z kalwaryjskich pielgrzymów pozostało w pamięci pana Ludwika niezatarte wspomnienie i jednocześnie świadectwo. Zawsze podkreślał, że kard. Karol Wojtyła „prawdziwie się modlił”.

Siła z Eucharystii

Pan Ludwik był człowiekiem pracowitym i zawsze chętnym do pomocy. W ostatnich miesiącach wyraźnie trudno mu było z tym, że nie może pracować, nie jest w stanie przychodzić do seminarium. Łamiącym się głosem mówił: „nie mam siły…” Zawsze chętnie przychodził pomagać na furcie, nawet w sobotę czy niedzielę, kiedy była taka potrzeba. Wspominał, że żona Anna mówiła mu: „idź, bo oni tego potrzebują…”. Wystarczał tylko ten powód.

Sam ze swojej strony stawiał jeden warunek. Kiedy miał przyjść na furtę w weekend, mówił: „przyjdę przed ósmą, bo najpierw pójdę na Mszę”. Miał tutaj, w ławce blisko ołtarza, swoje stałe miejsce. Często można było go zobaczyć, jak modli się przed obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej.

Pokora

Pan Ludwik zawsze cenił sobie porządek i dyscyplinę. Miał swoje stałe zasady, których przestrzegał. A przestrzeganie tych zasad czasem wprawiało nas w zakłopotanie. Czymś naturalnym dla niego – ponad osiemdziesięcioletniego człowieka – było że powinien wstać, kiedy rozmawia z przełożonym. Oczywiste było dla niego, że przełożonego należy przepuścić w drzwiach. A nawet kiedy dał się przekonać, żeby szedł najpierw on, robił to stwierdzając jednocześnie: „ale to gwardian powinien iść pierwszy”. Nie ważne było, że ten gwardian mógłby być jego wnukiem…

W ostatnich latach dotkliwie odczuwał rozłąkę z żoną Anną. Jak mówił, była to żona „dobra, pracowita, kochająca, troskliwa”. On zawsze z wdzięcznością mówił o swojej rodzinie: „dzieci mam dobre, i wnuki, odwiedzają mnie, dbają…” Można powiedzieć, że jego życie było skromne, zwyczajne, ale spełnione. Życie spełnione, dzięki temu, że była w nim bliskość z Bogiem, pracowitość, wdzięczność za to, co miał.

Wiara w zmartwychwstanie poprawia nasz wzrok

To życie dobiegło swego kresu tu na ziemi, ale się nie skończyło. Pożegnaliśmy dzisiaj p. Ludwika wierząc w zmartwychwstanie. Co to znaczy trafnie określa św. Augustyn: zmartwychwstanie jest naszą wiarą; ponowne spotkanie jest naszą nadzieją; wspominanie przed Bogiem – modlitwa – jest wyrazem naszej miłości, naszej wdzięczności.

Wiara w zmartwychwstanie pozwala nam sięgać dużo dalej niż wzrok ludzki – to konsekwencja słów Jezusa: Kto wierzy we Mnie, choćby i umarł, żyć będzie. Tą wiarą żył pan Ludwik tu w cieniu tego Sanktuarium, pod płaszczem Matki Bożej Kalwaryjskiej.

o. Herbert Nesterenko OFM
Gwardian WSD