Przygotowanie do misji


Pierwszy etap misyjnego przygotowania

Irlandia – pierwszy etap przygotowania do pracy misyjnej. Czas w którym mam możliwość rozwinąć posługiwanie się językiem angielskim, bo to właśnie ten język jest językiem urzędowym w Botswanie do której będę posłany. I oto jestem: Galway – kilkudziesięciotysięczne, nadmorskie miasto w Irlandii, dzięki uprzejmości braci z tutejszej prowincji Zakonu Braci Mniejszych stało się dla mnie scenerią do nauki języka.

U braci najlepiej

Tutejszą wspólnotę Zakonu współtworzy 7 osób (5 kapłanów oraz 2 braci). Z punktu widzenia osoby, która uczy się języka ma także znaczenie fakt, że niedawno do wspólnoty dołączył współbrat który jest Włochem – a więc język angielski nie jest dla niego językiem ojczystym. Z takimi osobami zawsze łatwiej nam się rozmawia, bo nie musimy się wstydzić błędów, które jednak na etapie nauki języka częściej lub rzadziej popełniamy. Jak dotąd bracia okazali mi bardzo dużą wyrozumiałość, więc nie musiałem się przejmować moją barierą językową, która póki co jeszcze w pewnej mierze występuje.

Współbracia zapewnili mi doskonałe warunki. W pokoju który oddano do mojej dyspozycji zorganizowano małą bibliotekę – kilkaset anglojęzycznych książek stanowi doskonałą okazję, żeby trochę rozwinąć zasób słownictwa. Mówiąc krótko: nic tylko się uczyć. Współtworząc (nawet tymczasowo) jakąś zakonną wspólnotę, w pewnym stopniu przyjmujemy jej rytm funkcjonowania – to się oczywiście przekłada na grafik mojego dnia. Rano Msza święta koncelebrowana razem z braćmi w kościelnej kaplicy (oczywiście w języku angielskim), następnie śniadanie, po którym od poniedziałku do piątku udaję się na trwające około 3 godziny lekcje języka angielskiego na poziomie zaawansowanym. Po powrocie do klasztoru modlitwy i szlifowanie języka. Toczy się normalne życie…

Nowe miejsce to także okazja do posmakowania zwyczajów franciszkańskich w wydaniu irlandzkim. Tradycyjne Uroczystość Świętego Franciszka z Asyżu była okazją do przeżycia nabożeństwa Transitus, które zgodnie z tutejszą tradycją organizują Siostry Klaryski. Całą wspólnotą udaliśmy się do ich klasztoru aby tam wziąć udział w uroczystym nabożeństwie upamiętniającym śmierć naszego Zakonodawcy. Siostry zadbały o przepiękną oprawę muzyczną i wokalną psalmów i pieśni, a ja miałem okazję przekonać się jak przeżywa się uroczyste nieszpory (język angielski naprawdę może brzmieć bardzo dostojnie).

Szlifowanie języka

Szkoła językowa jest wyzwaniem samym w sobie – intensywność przekazu materiału naprawdę spora. Mogę śmiało powiedzieć, że po trzech tygodniach intensywnej nauki rozwój umiejętności językowych jest porównywalny do kilkunastu miesięcy nauki na studiach (mam tu na myśli nie tylko seminarium ale także studia, które skończyłem zanim wstąpiłem do Zakonu). Może nie jest lekko, ale efekty są do zaobserwowania już po pierwszych lekcjach. Szkoła to nie tylko zajęcia, to także możliwość kontaktu z osobami, dla których (tak jak dla mnie) język angielski nie jest językiem ojczystym. Swobodna, nieformalna rozmowa jest taką samą okazją do nauki jak oficjalne lekcje (tym bardziej, że w międzynarodowej klasie podpieranie się językiem polskim jest naprawdę bezcelowe, więc trzeba się mobilizować do rozwijania słownictwa).

Nowe wyzwania w czasie pandemii

Będąc w obcym kraju można przywyknąć do bardzo wielu rzeczy: można się przyzwyczaić do tego, że nie słyszy się języka ojczystego, da się oswoić z wciąż zmieniającą się pogodą, można nawyknąć do wiecznie skrzeczących mew, których tutaj (jak we wszystkim nadmorskim miejscowościach) naprawdę mnóstwo. Mając na uwadze ostatnio obowiązujące obostrzenia, można nawet przywyknąć do zamkniętych częściowo sklepów i restauracji, ale do kościołów w których nie jest sprawowana Msza święta przyzwyczaić się nie da… Smutna konsekwencja restrykcji związanych z zapobieganiem epidemii. Wierni mogą wprawdzie wejść do kościoła, ale tylko na prywatną modlitwę – taki jest tutejszy, niewesoły stan rzeczy… W chwili kiedy piszę ten tekst w całym kraju obowiązuje już najwyższy, piąty poziom restrykcji mających zmniejszyć ryzyko zarażenia się wirusem.

Oczywiście miałby rację każdy, kto mając na uwadze to, co się obecnie dzieje na świecie stwierdziłby, że to nie jest dobry czas na uczenie się języka. Miałby rację ten, kto podkreślałby, że istnieje ryzyko związane z rozprzestrzenianiem się pandemii, że zasadniczo nie wiemy jaka będzie dynamika przyrostu zakażonych – to są wszystko racjonalne, w pełni uzasadnione obawy. Owszem, nie wiemy co będzie, z drugiej jednak strony, ten kto chciałby czekać na lepsze warunki, kto chciałby podjąć misyjny trud bez narażania się na żadne niebezpieczeństwo… no cóż… ktoś kto czeka na warunki idealne, po prostu się nie doczeka.

Czy na pewno to dobra droga?

Podsumowując, doskonalenie języka w warunkach ograniczeń związanych z pandemią, w sytuacji niepewności jutra, jest wyzwaniem, ale można też dostrzec w tym wszystkim Boga. Nie zapomnę sytuacji w szkole, kiedy ćwiczyliśmy słownictwo związane z podróżowaniem – prowadzący zajęcia polecił mi odpowiedzieć na pytanie zadane w podręczniku. Ja zaglądam do książki a tam pytanie: Gdzie chciałbyś pojechać? I trzy odpowiedzi do wyboru: a) do Botswany, b) do Grecji, c) do Wielkiej Brytanii. Gdyby nie maseczka, którą miałem na twarzy wszyscy widzieliby jak się wtedy uśmiechnąłem 🙂 Ciekawe, że podręcznik zawierał pytanie akurat z takimi odpowiedziami i jeszcze bardziej ciekawe, że trafiło ono akurat na mnie. Kiedy przytrafiają się takie rzeczy z jednej strony dociera do ciebie, że Bóg ma poczucie humoru, a z drugiej wierzysz, że jednak wszystko w Jego rękach.

o. Cyriak Budzisz OFM