Bernardyni

Głębia prostoty

Ciebie, który śpisz w mojej piersi, nie spotyka się słowami, lecz poprzez powstawanie życia w życiu i mądrości w mądrości. Z Tobą nie ma żadnego dialogu, żadnej rywalizacji, żadnego sprzeciwu. Ciebie odnajduje się w zjednoczeniu! Ty we mnie i ja w Tobie, Ty w nich i oni we mnie: wyzbycie się w wyzbyciu, spokój w spokoju, pustka w pustce, wolność w wolności. Jestem sam. Ty jesteś sam. Ojciec i ja Jedno jesteśmy.

(Thomas Merton)

Poza zmysły
Nie przestaje mnie nachodzić myśl, że moje korzenie sięgają głębiej niż tylko to, czego mogę dotknąć i poczuć, zobaczyć i usłyszeć. Im prostsze staje się moje życie, tym bardziej to czuję i rozumiem. Bo Eucharystia to jest taka ziemia, która daje mi korzenie. Nie ja się w Niej ukorzeniam, Ona ukorzenia się we mnie.
Poza czas
Kiedy zaczyna do mnie docierać, że wszystko wokół się zmienia i zaczynam rozumieć, że to, co jest tu najbliższe, z każdym momentem przemija bezpowrotnie, to wtedy Eucharystia daje takie korzenie, które nie trzymają mnie tylko tutaj, ale pozwalają dotykać wieczności. Mam korzenie, które dotykają samego Życia. Bóg przecież nie jest tylko Bogiem nieba, jest w takim samym stopniu Bogiem ziemi. Łączy w sobie wszystkie moje światy. Trzeba czasem radykalnego wyboru prostoty i ubóstwa form, aby zobaczyć, że Msza św. jest płonącą Ziemią Obiecaną.
Być a stać się
Odkrył to św. Franciszek, kiedy zdecydował się na ubóstwo oczekiwań, ubóstwo poszukiwań, ubóstwo form. To chyba tak jest, że nie wystarczy być ubogim, by wejść do tej ziemi obietnic, ale jak Franciszek trzeba zrobić jeszcze jeden krok dalej – stać się ubóstwem. Wobec wciąż objawiającego się w Eucharystii Boga stać się milczeniem, a nie tylko je zachowywać. Od samego początku, kiedy próbowałem sobie wyobrazić Eucharystię, to zawsze wracała do mnie ikona Trójcy Świętej Rublowa. Stół Trójcy, przy którym nikt nie może się czuć samotny. Cały paradoks tego stołu polega na tym, że aby przy nim siąść, nie wystarczy być samotnym, ale trzeba stać się samotnością. Merton napisał kiedyś porażające zdanie: Jestem samotnością, bo wyrzekłem się duchowości, aby odnaleźć Boga, i to On jest Tym, który rozbrzmiewa głośno w głębinach mojego ubóstwa, mówiąc: „Rozleję wody Ducha mego na twoje plemię i błogosławieństwo moje na topole nad bieżącymi wodami. (…) Zbyt ciasna jest dla mnie ta przestrzeń, dajże mi miejsce, bym się mógł rozłożyć” (Iz 44, 3-4. 20).
Nie w swoim ubraniu
Czuję to często, że na Eucharystię przychodzę jak Jakub ubrany w szaty Ezawa. Tak się często czuję, gdy ubieram się do Mszy. Tak czułem się zawsze, kiedy szukając siebie trafiałem po szkole do ciemnego dolnego kościoła rzeszowskich saletynów, gdzie w ciszy i półmroku najjaśniejszym punktem był biały kawałek chleba. Nigdy nie przychodzę na Mszę ubrany w zasługi, bo po prostu ich nie mam i doskonale o tym wiem. Przychodzę jak Jakub ubrany w szaty Ezawa, odziany w Krew Chrystusa. I wiem to doskonale, że do tego stołu mogę podejść tylko obmyty w tej Krwi, ubrany w nią. Na kilka chwil przed swoją pierwszą Eucharystią Merton w swoim dzienniku zapisał: Ojcze, który zechciałeś być jak ślepiec w ciemności tej wielkiej TAJEMNICY, którą jest objawienie Twojej miłości, wznieś swe dłonie ponad moją głowę i pobłogosław mnie jak swojego jedynego Syna. Tyś zechciał mnie widzieć tylko w Nim, lecz chcąc tego, pragnąłeś widzieć mnie bardziej rzeczywistego niż jestem. Bo moje grzeszne „ja” nie jest moim prawdziwym „ja”. To nie jest ta jaźń, której Ty chciałeś dla mnie, a jedynie ta, której ja chciałem dla siebie. Nie pragnę już tego fałszywego „ja”. Teraz, Ojcze, przychodzę do Ciebie w jaźni Twego własnego Syna, bo Jego Najświętsze Serce zawładnęło mną i zniszczyło moje grzechy, i to On przedstawia mnie Tobie.
Nie ja, lecz On
Kiedyś zniechęcałem się Mszą. Wydawało mi się, że muszę się bardziej zaangażować, że bardzo wiele zależy ode mnie. Sądziłem, że wiele zależy od tego czy kościół jest piękny czy nie oraz czy kapłan wydaje się pobożny czy nie itd. Teraz wiem, że to nie ja przygotowuję ten stół. Kiedy czasami czegoś nie rozumiem, albo wydaje mi się to za trudne, albo kiedy innym razem przeżywanie Eucharystii jest jakby chodzeniem po omacku, to zawsze staram się wracać do tej prostej duchowej intuicji… Jest tak dlatego, ponieważ Jego światłość jest tak wielka, że wydaje mi się ciemnością. Jego bezmiar jest tak potężny, że wydaje mi się jakby wokół mnie była tylko pustka. I wiem, że prostota, ciemność i pustka to dla mnie najbezpieczniejsze drogi do tego stołu. To nie są proste i chciane doświadczenia. Przecież nie oszukujmy się – każdy człowiek o zdrowych zmysłach ucieka od prostoty, ciemności, milczenia czy pustki. Jednak to dzięki nim On wydobywa mnie z siebie. Ja Go naprawdę nie muszę odkrywać i odsłaniać, bo to On jest tym, który najpierw – od samego początku – miłuje mnie w sobie. Jeśli mamy podobne doświadczenie, możemy za Mertonem powiedzieć: Wielbię Cię, Ojcze, którego jeszcze do końca nie znam. Przyjmuję Ciebie, którego nie pojmuję. Oddaję się Tobie, którego obraziłem. Ty miłujesz we mnie swego Jednorodzonego Syna. Dostrzegasz Go we mnie. Przyjmujesz Go we mnie, bowiem Jego wolą było utożsamić się ze mną całkowicie przez tę miłość, która przywiodła Go do śmierci – za mnie – na Krzyżu.
Exit mobile version